Teraz nie ma nic nowego — wywiad z Markiem Dulewiczem (część pierwsza)

Taivan, 16 lutego 2011 w kategorii Muzyka

Sam mówi o sobie, że dopiero od kilku lat może spo­koj­nie żyć z muzyki. Jej taj­niki pozna­wał jesz­cze w poprzed­nim ustroju, ale nie pozo­sta­wiło to na nim trwa­łego śladu, bo odnaj­duje się w każ­dym gatunku muzycz­nym. Marek Dule­wicz — postać bez któ­rej nie byłoby płyt całej pierw­szej ligi łódzkiego rapu oraz paru­dzie­się­ciu albu­mów innych bar­dziej lub mniej zna­czą­cych artystów.

Do jego pra­cowni — stu­dia NC dotar­łem w prze­rwach mię­dzy nagry­wa­niem albumu “Jazz, dwa, trzy” O.S.T.R.‘a. Co jak co, ale nie jest łatwo zna­leźć to miej­sce — mimo tego, że Spi­na­che swego czasu cał­kiem dobrze okre­ślił to miej­sce na mapie.

Możesz powie­dzieć parę słów o sobie? W końcu nie każdy Cię zna…

Parę słów o sobie? Ale czemu? Ja się zaj­muję muzyką tylko i wyłącz­nie, niczym wię­cej, nic innego nie umiem robić.

Tylko, że z każ­dej strony…

No tak — i pro­duk­cyj­nie, i kom­po­zy­tor­sko, i aran­ża­cyj­nie, ale jak się robi tylko to, to trzeba dzia­łać ze wszyst­kich stron, bo się po pro­stu nie da ina­czej. Z samej muzyki żyję dopiero od 5 lat, wcze­śniej pra­co­wa­łem jesz­cze doryw­czo jako infor­ma­tyk — a to mnie bar­dzo bolało.

Jak się zaczęła Twoja przy­goda z muzyką? Znamy Cię jako reali­za­tora nagrań, gita­rzy­stę, woka­li­stę, a jakie były początki?

Od bęb­nów. Pierw­szym moim instru­men­tem były bębny. Gra­łem od dru­giej klasy pod­sta­wówki przez 2 albo 3 lata. Póź­niej przy­wio­złem od babci starą, zde­ze­lo­waną gitarę aku­styczną i zaczą­łem dłu­bać. Po jakimś cza­sie zro­bi­łem sam gitarę elek­tryczną, bo nie było wtedy instru­men­tów w skle­pach, a póź­niej już pole­ciało… Dobrą opcją było jed­nak to, że od samego początku nagry­wa­łem. Gra­li­śmy próby u mnie w domu i reje­stro­wa­li­śmy je na dwa magne­to­fony kase­towe, które były spe­cjal­nie sprzę­żone i zsyn­chro­ni­zo­wane, także mie­li­śmy dwa ślady.

Pamię­tasz swoją pierw­szą płytą, która miałeś?

Kla­syk. “Dark Side of the Moon” Pink Floyd. Mama poje­chała do Związku Radziec­kiego i wtedy przy­wio­zła mi ten album. Ale wszyst­kie płyty, które mi wtedy przy­wio­zła były pły­tami pirac­kimi, zwłasz­cza, że oni tam nie mieli licen­cji. Te, które się póź­niej uka­zy­wały w Pol­sce to prze­cież też nie miały licen­cji, bo my też ich nie kupo­wa­li­śmy. I tak, to była pierw­sza płyta, która mnie zmiażdżyła.

I dla­tego potem ta fascy­na­cja Pink Floyd…

Nie, to była pierw­sza płyta Floy­dów, którą dosta­łem, nato­miast pierw­sza rzecz, którą w ogóle usły­sza­łem od nich, to płyta “Ani­mals”. W Trójce bodajże Mann pusz­czał całą płytę. Póź­niej, jakoś w szkole śred­niej w pro­gra­mie Dru­gim była audy­cja “Wie­czór z płytą kom­pak­tową” czy coś takiego, gdzie były grane całe płyty — coś, co dziś jest nie do pomy­śle­nia, więc co my mogli­śmy robić? Nagry­wa­li­śmy oczy­wi­ście! Tomek Bek­siń­ski pusz­czał całą dys­ko­gra­fię Floy­dów — ja wtedy wario­wa­łem. Z resztą do dzi­siaj słu­cham tych płyt.

Jak sądzisz dla­czego muzyka jest trak­to­wana już tylko jako pro­dukt? Jest utwór o ambit­nej tre­ści, który kry­ty­kuje pol­ską poli­tykę, świa­to­po­gląd i tym podobne, a ludzie myślą tylko, że to dobry kawałek.

Ja mam tak bar­dzo czę­sto z Bak­fli­pem, gdzie moim zda­niem jest to masa­kra. Janek popeł­nił takie tek­sty, że cza­sem słu­cha­jąc tego mam ciary, ale jeśli 10 osób to prze­słu­cha i łyknie to jedna… To jest wielki suk­ces. Nikt nie słu­cha tek­stów, to jest brak zro­zu­mie­nia prze­kazu. Przerażające.

Przy “12 Nędz­nych Ludziach” można mieć wra­że­nie, że Janek jest kom­plet­nie zgorzk­niały, że ma dość wszyst­kich na tej pla­ne­cie. Tam jest napięt­no­wane wszystko, co się tylko da.

Wyrzu­ci­li­śmy taki prze­kaz, jaki chcie­li­śmy, bo to nas wkur­wiało. Kon­cep­cja na tą płytę powstała w samo­cho­dzie. Jecha­li­śmy na klip, tu jakiś kon­cert i wymy­śla­li­śmy, co zro­bimy następ­nego. Obser­wu­jąc dziu­rawe drogi, kie­row­ców, któ­rzy muszą się przed cie­bie wepchnąć, tram­waje, gdzie wszy­scy patrzą się spode łba, nawet sąsiada, który naj­chęt­niej wywa­liłby mnie w kosmos… Trzeba było to wypluć. Ja bym to chęt­nie wypluł jesz­cze raz z tym, że to bez sensu. I to wystarczy.

Będzie coś nowego od Bak­flipów?

Myślę, że będzie. Idzie ciężko, bo poja­wiają się różne pro­blemy — Jasiek (Gaj­do­wicz — dop. Taivan) miał pro­blemy ze słu­chem, poroz­cho­dzi­li­śmy się po jakiś pro­jek­tach, a do tego wszy­scy musimy jesz­cze żyć na sie­bie… Chciał­bym jed­nak żeby był i mam nadzieję, że będzie. Mate­riału jest w tej chwili na 3 płyty, także jest z czego wybie­rać. Poza tym minęły już 3 lata od ostat­niego krążka. Jest pro­blem, bo nie mamy kon­cep­cji na nowy krą­żek. Mia­łem pomy­sły, żeby na przy­kład w ogóle już pole­cieć w jakieś stany nar­ko­tyczne, ale to tylko pomy­sły. Można zagrać tro­chę pozy­tyw­niej albo dużo pozy­tyw­niej albo zdo­ło­wać już do gra­nic. Ta ostat­nia wer­sja na razie odpa­dła. Mimo to chcę na tą chwilę, żeby nowy Bak­flip był psy­cho­de­liczny, a do tego przede wszyst­kim — bogat­szy brzmie­niowo, żeby poja­wiło się wię­cej muzyki jako takiej.

Nie dali­ście w tym skła­dzie naj­wię­cej koncertów.

Zagra­li­śmy po wyda­niu pierw­szej płyty trasę, kon­cer­tów było kil­ka­na­ście, ale za to oble­gane były tłum­nie. Na przy­kład w Toru­niu gra­li­śmy dla dwóch osób w dużym klu­bie. Potem ci goście jesz­cze pisali do nas maile.

A co z prze­ciw­wagą dla stricte stu­dyj­nego Bak­flipa, czyli ŁDZ Orkie­strą? Jakiś czas temu uka­zał się jeden utwór z gościn­nym udzia­łem Afron­tów, miało być coś wię­cej, ale od tam­tego czasu jest cisza.

Pojawi się, bo nawet roz­ma­wia­li­śmy ostat­nio z Ada­mem (Ostrow­skim, czyli O.S.T.R. — dop. Taivan) i powie­dział, że też chęt­nie by się w to zaan­ga­żo­wał. W tej chwili prio­ry­te­tem jest nowy krą­żek Adama, potem zamy­kam nowego Zeusa i jestem wolny. Jest pomysł, żeby zro­bić ŁDZkę z gośćmi — poza­pra­szać przy­ja­ciół i zna­jo­mych, i każdy coś nagra. Jeśli by sie udało, to może potem byłaby szansa na jakieś 2–3 duże koncerty.

Ze względu na gości na pewno przy­cią­gnę­łyby publikę.

No tak, ale na razie nie ma nawet co o tych gościn­nych wystę­pach mówić, bo nie roz­ma­wia­łem ze wszyst­kimi. Ostat­nio dogry­wa­li­śmy bas z basi­stą ŁDZki na album Adama i bra­kuje mi takich sytu­acji, bo zazwy­czaj pra­cuję sam. Chciał­bym, żeby­śmy usie­dli ban­dem i zro­bili to w taki spo­sób, że gramy, wszystko się reje­struje i ktoś potem mówi “o, to jest dobre!”. I mam nadzieję, że w ten spo­sób powsta­nie ten mate­riał, bo jeśli cho­dzi o kli­maty impro­wi­zo­wane, to z tym pro­ble­mów nie mamy.

 

Przejdź do dru­giej czę­ści wywiadu z Mar­kiem Dulewiczem

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - Taivan

Adrian, czyli Taivan. Muzyk z zamiłowania, a dziennikarz z powołania. Człowiek wielu skrajności. Chory optymista, zajawkowicz. Chaos to jego naturalne środowisko pracy. Uwielbia wszystkie odcienie czerwieni, muzykę brutalnie mordującą ciszę oraz dobre, zasłyszane historie. Gdyby był czymś innym niż sobą, to pewnie byłby gąbką.

Podobne artykuły

  • Premierowa impreza Wygi wydarzeniem roku?
  • Płyta Entera czyli kompendium wiedzy o łodzianach
  • Po prostu jazzuj, mała!
  • Galeria Urban Forms — sprawdź film
  • Liryczny żywjoł pomiędzy kamienicami — debiut Entera/NTK

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny