Teraz nie ma nic nowego — wywiad z Markiem Dulewiczem (część druga)

Taivan, 19 lutego 2011 w kategorii Muzyka

Bak­flip to tylko wierz­cho­łek góry lodo­wej, która jest zwią­zana z Mar­kiem Dule­wi­czem. Możemy potem tylko rzu­cać sobie hasłami: Embryo, Zeus, Afront… I o każ­dym wspo­mnia­nym haśle dowie­cie się cze­goś nowego czy­ta­jąc drugą część wywiadu. Zapraszam!

Embryo to Twoja wytwór­nia, w któ­rej uka­zało się do tej pory 5 płyt — Fami­lia H.P, oraz dwu­krot­nie Bak­flip i Zeus…

Wytwór­nia to duże słowo. Embryo powstało z racji tego, że chcia­łem sam wyda­wać płyty, po wielu nie­do­brych doświad­cze­niach z wytwór­niami. Fak­tem jest, że zaj­muję się rze­czami dość niszo­wymi, a w major­sach nikt się tym za bar­dzo nie przej­mo­wał — wydana płyta, okej, plan wydaw­ni­czy speł­niony, album rzu­cony do paru skle­pów i tyle.

Pierw­szy krą­żek wydany u cie­bie to debiut Bak­flipa — KeKeKe.

Jestem z tego zado­wo­lony — może nie było komer­cyj­nego suk­cesu, ale sprze­dało się tego wię­cej niż innych pro­jek­tów w major­sach. Poza tym — sam za tym cho­dzi­łem i to jest też fajna sprawa. Dzwo­nisz, spo­ty­kasz się z jaki­miś ludźmi, robisz z sie­bie głupka… Póź­niej jest się z czego pośmiać! No i przy­naj­mniej mi się to zwraca, bo wyda­jąc w dużej wytwórni dosta­jesz około 10%, a w tej chwili nie są też pokry­wane koszta stu­dia. Fakt, że duże wytwór­nie mogą też wypro­mo­wać mate­riał, ale jeśli zro­bi­li­by­śmy tak z jakimś moim pro­jek­tem, to musiał­bym się temu poświę­cić — zro­bić trasą kon­cer­tową i grać na żywo cały rok, więc nie byłoby czasu na przy­kład na stu­dio. W taki spo­sób to też było wykal­ku­lo­wane, bo wie­dzia­łem, że nie będę mógł uczest­ni­czyć w tym w 100%.

Nie powiem, że jest dla mnie zaska­ku­jące, że Bak­flip nie miał dobrego odbioru. Nawet jeśli jest kil­ka­na­ście podob­nych muzycz­nie zespo­łów, to jed­nak wyróż­nia­cie się cho­ciażby tek­stami, jak i profesjonalizmem.

Dzięki. Wszystko roz­bija się o nasz, kra­jowy puryzm, że z zało­że­nia raper nie będzie słu­chał rocka i w drugą stronę. W momen­cie, w któ­rym powsta­wał Bak­flip spo­tka­łem się ze zna­jo­mymi z pew­nego dość zna­nego zespołu, poka­za­łem im kilka utwo­rów i usły­sza­łem, że “prze­cież ten gość niczego nie śpiewa, muza fajna, ale…”. To jest dziwne, bo wszystko jakby wynika z czy­stego założenia.

No to czemu na Limp Biz­kit były wyprze­dane bilety, a teraz ludzie chcą Rage Aga­inst The Machine w Pol­sce? Muzycz­nie prze­cież to samo połą­cze­nie, też rap i rock, czyli ten suk­ces zza oce­anu przy­ciąga ludzi?

Dokład­nie… Mimo to jestem daleki od narze­kań, ale tak jest u nas. Zro­bisz coś, co gdzieś kocha cały świat, ale jeśli to jest nasze, pol­skie i jesz­cze chło­paki cię znają… no to nie ma szans. Łatwiej jest przy­jąć arty­stę z któ­rym nie masz fizycz­nego kon­taktu — wielka gwiazda, dystans, a chło­pak z sąsiedz­twa — nie. Sąsia­dowi to lepiej, żeby się sto­doła spaliła.

Mówi­łeś, że będziesz domy­kał płytę z Zeu­sem. Podobno on tym razem nie jest odpo­wie­dzialny za muzykę.

No nie, nie jest. Pro­jekt jest mój. Boimy się, co będzie jak ukaże się ta płyta. Fakt, że wcze­śniej­sze płyty robił sam, ale to nie jest tak, że to teraz nie jest jego twór. Kom­po­zy­cyj­nie — nie, nato­miast inspi­ra­cyj­nie jak naj­bar­dziej, dla­tego że sie­dzie­li­śmy tutaj, słu­cha­li­śmy jakiś sam­pli i Zeus poka­zy­wał mi kie­ru­nek. Wia­domo — ja mam zupeł­nie inną wizję. Gdy­bym dostał wolną rękę to zro­bił­bym bar­dzo dziwną płytę, a lepiej nie… <śmiech> Myślimy, że będzie spore zasko­cze­nie. Płyta jest bez cudzych sam­pli — w cało­ści zagrana, cho­ciaż jest tak, że coś zostało nagrane, posam­plo­wane i powkła­dane. I w więk­szo­ści jest z żywym bębnem.

Jest tro­chę nowa­tor­sko. Ludzie pamię­tają go jesz­cze z dość agre­syw­nych rze­czy, a tu z płyty na płyty coraz bar­dziej funkowo.

Ta płyta pew­nie jest tro­chę fun­kowa, cho­ciaż jest też tro­chę dzi­wacz­nych bitów, nato­miast co do agre­sji, to myślę, że ludzie się nie zawiodą.

Jak na razie wyglą­dają plany wydaw­ni­cze Embryo?

Na razie Zeus, który mam nadzieję, że ukaże się przed latem. Grubo przed latem. Płytę mamy na ukoń­cze­niu, ale nie chcę mówić o ter­mi­nie. Jest plan, ale jeśliby się nie udało, to nie ma pre­sji. Chciał­bym zro­bić po raz pierw­szy tak, że płyta już będzie skoń­czona i wytło­czona, i wtedy poda­jemy datę pre­miery. Dzięki temu będzie czas na pro­mo­cję, kon­certy i tego typu rzeczy.

Kiedy pra­cu­jesz z ludźmi w stu­diu, to raczej Ty się dosto­so­wu­jesz, czy narzu­casz pewien tryb pracy?

Trudne pyta­nie, gene­ral­nie sta­ram się być neu­tralny. Są dwa rodzaje pracy — jeśli przy­cho­dzi klient, płaci, ma kon­cep­cję, wynaj­muje stu­dio i nagrywa płytę to ja sia­dam, kli­kam, potem mik­suję i tyle. Moje pomy­sły poja­wiają się dopiero póź­niej i są stricte tech­niczne. To jest jedna droga. Druga poja­wia się, kiedy pra­cuje z kimś, kto jest moim zna­jo­mym, przy­ja­cie­lem — kiedy gene­ral­nie mamy jakiś sto­su­nek emo­cjo­nalny do sie­bie. Wtedy razem two­rzymy tę muzykę. To jest ten moment, kiedy jak naj­bar­dziej, obie ręce do góry, udzie­lam się. Mimo to zda­rzyło mi się kilku klien­tów wywa­lić ze stu­dia. Wymy­śli­łem sobie jakiś czas temu, że nie będę pra­co­wał z nie­zdol­nymi ludźmi. Mia­łem takich klien­tów, któ­rym się wyda­wało, że jak zapłacą furę pie­nię­dzy, to się z nich zrobi wszystko. Nie chciał­bym się wsty­dzić. Zro­bi­łem w swoim życiu kil­ka­na­ście, może dwa­dzie­ścia płyt disco­po­lo­wych. Nie mówię, że mam z tym pro­blem, ale to nie jest fajne, kiedy znajdę gdzieś w szu­fla­dzie te płyty.

Zawsze jed­nak jest jakieś dodat­kowe doświadczenie.

Doświad­cze­nie ogromne, a do tego dobre pie­nią­dze. Pod koniec lat 90. i na początku kolej­nej dekady firmy disco­po­lowe pła­ciły każde pie­nią­dze. Za jedną płytę kupi­łem sobie samo­chód — za trzy tygo­dnie pracy… to może nie do końca było disco polo, ale jed­nak. Mie­li­śmy wyko­nać album z cove­rami Modern Tal­king, a to był okres, kiedy w skle­pach tego typu płyt było naj­wię­cej. Roz­szedł się ogromny nakład. Popeł­ni­li­śmy błąd, że nie pod­pi­sa­li­śmy umowy na pro­cent od sprze­daży, tylko dosta­li­śmy jed­no­ra­zową pengę. Wtedy dla mnie to były ogromne pie­nią­dze, bo za trzy tygo­dnie pracy nagle mia­łem samo­chód! Wow! I tego się nie wsty­dzę, bo to były dobrze, solid­nie zro­bione rze­czy. Do tego zabawne jest to, że my z tą płytą jeste­śmy na jakimś euro­pej­skim por­talu italo disco bar­dzo wysoko w ran­kingu! I co, źle?

Dobrze, zwłasz­cza jeżeli robisz nie­za­leż­nie jaką muzykę, a i tak dobrze ci to wychodzi.

Naprawdę można się dużo nauczyć. Dało mi to szkołę, bo teraz zda­rza mi się robić trance’owe, dub­ste­powe remixy i wydaje mi się, że robię je nie­źle, bo ludzie biorą to ode mnie i są zado­wo­leni. Takich rze­czy musia­łem nauczyć się wtedy — osłu­chać, popod­glą­dać patenty, ale to się przy­daje w każ­dym rodzaju muzyki. Zda­rza mi się takie tech­niczne rze­czy prze­no­sić z jed­nych gatun­ków do innych, gdzie raczej się takich tech­nik nie sto­suje. Dla­tego cza­sem się śmieję, że jestem prekursorem.

Pamię­tasz jakieś aneg­doty z nagry­wa­nia? Jestem pewien, że coś było.

Tak, ale to same nie­przy­zwo­ite rze­czy. Nie chcę opo­wia­dać też bran­żo­wych dow­ci­pów. Hmmm… Może to nie aneg­dota, ale… Legen­darna sesja z Afron­tem na płytę “Coraz Gorzej”. Krą­żek był nagry­wany live na dwa mikro­fony i w nume­rze “Wuajaż” Janek mówi “jestem spłu­kany jak kibel”. On był naprawdę w tak kiep­skim sta­nie jak sły­chać i to były ostat­nie słowa jakie powie­dział tego wie­czoru. I to weszło! <śmiech> Wer­sja była taka, że zare­je­stro­wa­li­śmy to i na drugi dzień Janek miał wąt­pli­wo­ści, ale tego nie dało się lepiej zro­bić. Tę płytę nagra­li­śmy w dwa dni — weszli i pocią­gnęli całość.

Nie wiem czy się zasta­na­wia­łeś co jest z łódzką sceną, że tak jak Afront jest nie­do­ce­niona, czy Spi­na­che, gdzie jego krą­żek wyszedł “za wcze­śnie”? Wyprze­dza swój czas? Czy może jest zbyt niszowa?

Nie­które pro­jekty chyba wyprze­dziły tro­chę epokę… Dobre przy­kłady — i Afront z “Coraz Gorzej” i Spi­na­che z “Za Wcze­śnie” — te dwie płyty. Afront to na pewno już jest kla­syk. Roz­ma­wia­jąc z ludźmi, któ­rzy słu­chają rapu zawsze Ci wymie­nią Afront i powie­dzą, że to genialna płyta. Bo jest! Ten mate­riał jest mega, a w momen­cie kiedy wyszedł to był raz — tro­chę za trudny, grało się wtedy inny rap, tro­chę była moda na fran­cu­ski rap, a dwa — tak mi się wydaje — bar­dzo ciężko jest wyjść z tego mia­sta. Nie chcę dis­so­wać Łodzi — broń Boże, ale ma coś takiego w sobie. Wiem o tym, bo kiedy gramy kon­certy w Łodzi to mam wra­że­nie, że tutaj ludzie są naj­smut­niejsi… może bieda już tak przy­gniata ludzi? Cza­sem jeż­dżę samo­cho­dem w ciągu dnia, kiedy więk­szość ludzi jest w pracy i patrzę. To jest dra­mat — taka smutna, szara masa snuje się po ulicach.

A domy­ślasz się  czemu ta publika jest inna, gor­sza niż kilka lat temu? Raz — część ludzi wyje­chała do Anglii, dwa — część wyje­chała na stu­dia i do pracy do innych miast…

A trzy — teraz powiem mądrą rzecz — to jest przy­pa­dłość nowej gene­ra­cji. Mam kom­pu­ter, muzykę, którą słu­cham — ścią­gnę, a kon­cert? Na co mi kon­cert? Teraz to chyba jest wyda­rze­nie bar­dziej towa­rzy­skie. Pój­dzie się, zapali, popije. Ludzie chyba już nie potra­fią się cie­szyć tym, że na przy­kład wyszła fajna płyta, bo oni to wszystko mają. W zeszłym roku w dzień pre­miery “Tylko dla doro­słych” byłem po połu­dniu w skle­pie z pły­tami. Album już ofi­cjal­nie znik­nął z półek i jakiś gość zna­lazł scho­wany jeden egzem­plarz. Padł na kolana, zadzwo­nił do matki, krzy­cząc “mamo jest, zna­la­złem!”. Takie emo­cje powinna budzić sztuka. Nie mówię, żeby popa­dać w tak skrajną eufo­rię, ale to jest fajne.

Wcho­dząc już w etykę słu­cha­nia — jesz­cze jako dzie­ciak dosta­wa­łem kasety, a nie kom­pakty i fakt tego, że trzeba było odsłu­chać utwór po utwo­rze, a potem odwró­cić stronę, bo nie wszyst­kie odtwa­rza­cze miały auto­re­wers… Kto pamięta, co to jest autorewers?

No ja pamię­tam. Ostat­nio znów jest boom na kasety i jako posia­dacz kilku tysięcy kaset, ostat­nio kupi­łem sobie magne­to­fon i znów słu­cham taśm. Do tego mam pomysł, żeby zro­bić coś i wydać na kase­cie. Pew­nie kom­plet­nie się nie sprzeda. Chyba, że jako gadżet. Mia­łem taki pomysł już wcze­śniej i jak ostat­nio tra­fi­łem na info, że jest rene­sans kaset — no to czemu nie?

Wra­ca­jąc do este­tyki — daw­niej albumy były jako płyta winy­lowa, jako kaseta. Dwie strony, dwa początki, a do tego były krótsze.

Tak, cza­sem odno­szę wra­że­nie, że albumy są za dłu­gie, że czło­wiek nie jest w sta­nie sku­pić się 65 minut… Mię­dzy innymi dla­tego lek­cje mają 45 minut. Nie wiem, może zacznijmy kre­ować modę na krót­kie płyty? Ja uwiel­biam słu­chać mate­ria­łów, które pozo­sta­wiają nie­do­syt. Myślisz wtedy — mogłyby być tam jesz­cze dwa numery. A nie ma. Co robisz? Słu­chasz jesz­cze raz.

Nie bez powodu “Ill­ma­tic” miał 10 utwo­rów, ale 3 lata póź­niej Big­gie wydał dwu­pły­towy album i też był bar­dzo mocny, cho­ciaż dzi­siaj cię­żej nagrać tak dobry materiał.

Ja mam takie wra­że­nie, że teraz w sumie nie ma niczego nowego. Nie mówię o poje­dyn­czych wyko­naw­cach, któ­rzy się poja­wiają i wydają perełkę. Jesz­cze parę lat temu poja­wiały się nurty, które prze­ra­dzały się wręcz w ruchy spo­łeczne — cho­ciażby hip-hop, albo w Pol­sce jak był szał na punk. To też była kul­tura. Meta­lowcy też mieli swoją kul­turę. Dla­tego cze­kam, bo ze sta­ty­styki wynika, że nie­długo powinno pie­prz­nąć coś fajnego.

 

—–

Przejdź do czę­ści pierw­szej wywiadu

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - Taivan

Adrian, czyli Taivan. Muzyk z zamiłowania, a dziennikarz z powołania. Człowiek wielu skrajności. Chory optymista, zajawkowicz. Chaos to jego naturalne środowisko pracy. Uwielbia wszystkie odcienie czerwieni, muzykę brutalnie mordującą ciszę oraz dobre, zasłyszane historie. Gdyby był czymś innym niż sobą, to pewnie byłby gąbką.

Podobne artykuły

  • Premierowa impreza Wygi wydarzeniem roku?
  • Płyta Entera czyli kompendium wiedzy o łodzianach
  • Po prostu jazzuj, mała!
  • Galeria Urban Forms — sprawdź film
  • Liryczny żywjoł pomiędzy kamienicami — debiut Entera/NTK

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny