Bakflip to tylko wierzchołek góry lodowej, która jest związana z Markiem Dulewiczem. Możemy potem tylko rzucać sobie hasłami: Embryo, Zeus, Afront… I o każdym wspomnianym haśle dowiecie się czegoś nowego czytając drugą część wywiadu. Zapraszam!
Embryo to Twoja wytwórnia, w której ukazało się do tej pory 5 płyt — Familia H.P, oraz dwukrotnie Bakflip i Zeus…
Wytwórnia to duże słowo. Embryo powstało z racji tego, że chciałem sam wydawać płyty, po wielu niedobrych doświadczeniach z wytwórniami. Faktem jest, że zajmuję się rzeczami dość niszowymi, a w majorsach nikt się tym za bardzo nie przejmował — wydana płyta, okej, plan wydawniczy spełniony, album rzucony do paru sklepów i tyle.
Pierwszy krążek wydany u ciebie to debiut Bakflipa — KeKeKe.
Jestem z tego zadowolony — może nie było komercyjnego sukcesu, ale sprzedało się tego więcej niż innych projektów w majorsach. Poza tym — sam za tym chodziłem i to jest też fajna sprawa. Dzwonisz, spotykasz się z jakimiś ludźmi, robisz z siebie głupka… Później jest się z czego pośmiać! No i przynajmniej mi się to zwraca, bo wydając w dużej wytwórni dostajesz około 10%, a w tej chwili nie są też pokrywane koszta studia. Fakt, że duże wytwórnie mogą też wypromować materiał, ale jeśli zrobilibyśmy tak z jakimś moim projektem, to musiałbym się temu poświęcić — zrobić trasą koncertową i grać na żywo cały rok, więc nie byłoby czasu na przykład na studio. W taki sposób to też było wykalkulowane, bo wiedziałem, że nie będę mógł uczestniczyć w tym w 100%.
Nie powiem, że jest dla mnie zaskakujące, że Bakflip nie miał dobrego odbioru. Nawet jeśli jest kilkanaście podobnych muzycznie zespołów, to jednak wyróżniacie się chociażby tekstami, jak i profesjonalizmem.
Dzięki. Wszystko rozbija się o nasz, krajowy puryzm, że z założenia raper nie będzie słuchał rocka i w drugą stronę. W momencie, w którym powstawał Bakflip spotkałem się ze znajomymi z pewnego dość znanego zespołu, pokazałem im kilka utworów i usłyszałem, że “przecież ten gość niczego nie śpiewa, muza fajna, ale…”. To jest dziwne, bo wszystko jakby wynika z czystego założenia.
No to czemu na Limp Bizkit były wyprzedane bilety, a teraz ludzie chcą Rage Against The Machine w Polsce? Muzycznie przecież to samo połączenie, też rap i rock, czyli ten sukces zza oceanu przyciąga ludzi?
Dokładnie… Mimo to jestem daleki od narzekań, ale tak jest u nas. Zrobisz coś, co gdzieś kocha cały świat, ale jeśli to jest nasze, polskie i jeszcze chłopaki cię znają… no to nie ma szans. Łatwiej jest przyjąć artystę z którym nie masz fizycznego kontaktu — wielka gwiazda, dystans, a chłopak z sąsiedztwa — nie. Sąsiadowi to lepiej, żeby się stodoła spaliła.
Mówiłeś, że będziesz domykał płytę z Zeusem. Podobno on tym razem nie jest odpowiedzialny za muzykę.
No nie, nie jest. Projekt jest mój. Boimy się, co będzie jak ukaże się ta płyta. Fakt, że wcześniejsze płyty robił sam, ale to nie jest tak, że to teraz nie jest jego twór. Kompozycyjnie — nie, natomiast inspiracyjnie jak najbardziej, dlatego że siedzieliśmy tutaj, słuchaliśmy jakiś sampli i Zeus pokazywał mi kierunek. Wiadomo — ja mam zupełnie inną wizję. Gdybym dostał wolną rękę to zrobiłbym bardzo dziwną płytę, a lepiej nie… <śmiech> Myślimy, że będzie spore zaskoczenie. Płyta jest bez cudzych sampli — w całości zagrana, chociaż jest tak, że coś zostało nagrane, posamplowane i powkładane. I w większości jest z żywym bębnem.
Jest trochę nowatorsko. Ludzie pamiętają go jeszcze z dość agresywnych rzeczy, a tu z płyty na płyty coraz bardziej funkowo.
Ta płyta pewnie jest trochę funkowa, chociaż jest też trochę dziwacznych bitów, natomiast co do agresji, to myślę, że ludzie się nie zawiodą.
Jak na razie wyglądają plany wydawnicze Embryo?
Na razie Zeus, który mam nadzieję, że ukaże się przed latem. Grubo przed latem. Płytę mamy na ukończeniu, ale nie chcę mówić o terminie. Jest plan, ale jeśliby się nie udało, to nie ma presji. Chciałbym zrobić po raz pierwszy tak, że płyta już będzie skończona i wytłoczona, i wtedy podajemy datę premiery. Dzięki temu będzie czas na promocję, koncerty i tego typu rzeczy.
Kiedy pracujesz z ludźmi w studiu, to raczej Ty się dostosowujesz, czy narzucasz pewien tryb pracy?
Trudne pytanie, generalnie staram się być neutralny. Są dwa rodzaje pracy — jeśli przychodzi klient, płaci, ma koncepcję, wynajmuje studio i nagrywa płytę to ja siadam, klikam, potem miksuję i tyle. Moje pomysły pojawiają się dopiero później i są stricte techniczne. To jest jedna droga. Druga pojawia się, kiedy pracuje z kimś, kto jest moim znajomym, przyjacielem — kiedy generalnie mamy jakiś stosunek emocjonalny do siebie. Wtedy razem tworzymy tę muzykę. To jest ten moment, kiedy jak najbardziej, obie ręce do góry, udzielam się. Mimo to zdarzyło mi się kilku klientów wywalić ze studia. Wymyśliłem sobie jakiś czas temu, że nie będę pracował z niezdolnymi ludźmi. Miałem takich klientów, którym się wydawało, że jak zapłacą furę pieniędzy, to się z nich zrobi wszystko. Nie chciałbym się wstydzić. Zrobiłem w swoim życiu kilkanaście, może dwadzieścia płyt discopolowych. Nie mówię, że mam z tym problem, ale to nie jest fajne, kiedy znajdę gdzieś w szufladzie te płyty.
Zawsze jednak jest jakieś dodatkowe doświadczenie.
Doświadczenie ogromne, a do tego dobre pieniądze. Pod koniec lat 90. i na początku kolejnej dekady firmy discopolowe płaciły każde pieniądze. Za jedną płytę kupiłem sobie samochód — za trzy tygodnie pracy… to może nie do końca było disco polo, ale jednak. Mieliśmy wykonać album z coverami Modern Talking, a to był okres, kiedy w sklepach tego typu płyt było najwięcej. Rozszedł się ogromny nakład. Popełniliśmy błąd, że nie podpisaliśmy umowy na procent od sprzedaży, tylko dostaliśmy jednorazową pengę. Wtedy dla mnie to były ogromne pieniądze, bo za trzy tygodnie pracy nagle miałem samochód! Wow! I tego się nie wstydzę, bo to były dobrze, solidnie zrobione rzeczy. Do tego zabawne jest to, że my z tą płytą jesteśmy na jakimś europejskim portalu italo disco bardzo wysoko w rankingu! I co, źle?
Dobrze, zwłaszcza jeżeli robisz niezależnie jaką muzykę, a i tak dobrze ci to wychodzi.
Naprawdę można się dużo nauczyć. Dało mi to szkołę, bo teraz zdarza mi się robić trance’owe, dubstepowe remixy i wydaje mi się, że robię je nieźle, bo ludzie biorą to ode mnie i są zadowoleni. Takich rzeczy musiałem nauczyć się wtedy — osłuchać, popodglądać patenty, ale to się przydaje w każdym rodzaju muzyki. Zdarza mi się takie techniczne rzeczy przenosić z jednych gatunków do innych, gdzie raczej się takich technik nie stosuje. Dlatego czasem się śmieję, że jestem prekursorem.
Pamiętasz jakieś anegdoty z nagrywania? Jestem pewien, że coś było.
Tak, ale to same nieprzyzwoite rzeczy. Nie chcę opowiadać też branżowych dowcipów. Hmmm… Może to nie anegdota, ale… Legendarna sesja z Afrontem na płytę “Coraz Gorzej”. Krążek był nagrywany live na dwa mikrofony i w numerze “Wuajaż” Janek mówi “jestem spłukany jak kibel”. On był naprawdę w tak kiepskim stanie jak słychać i to były ostatnie słowa jakie powiedział tego wieczoru. I to weszło! <śmiech> Wersja była taka, że zarejestrowaliśmy to i na drugi dzień Janek miał wątpliwości, ale tego nie dało się lepiej zrobić. Tę płytę nagraliśmy w dwa dni — weszli i pociągnęli całość.
Nie wiem czy się zastanawiałeś co jest z łódzką sceną, że tak jak Afront jest niedoceniona, czy Spinache, gdzie jego krążek wyszedł “za wcześnie”? Wyprzedza swój czas? Czy może jest zbyt niszowa?
Niektóre projekty chyba wyprzedziły trochę epokę… Dobre przykłady — i Afront z “Coraz Gorzej” i Spinache z “Za Wcześnie” — te dwie płyty. Afront to na pewno już jest klasyk. Rozmawiając z ludźmi, którzy słuchają rapu zawsze Ci wymienią Afront i powiedzą, że to genialna płyta. Bo jest! Ten materiał jest mega, a w momencie kiedy wyszedł to był raz — trochę za trudny, grało się wtedy inny rap, trochę była moda na francuski rap, a dwa — tak mi się wydaje — bardzo ciężko jest wyjść z tego miasta. Nie chcę dissować Łodzi — broń Boże, ale ma coś takiego w sobie. Wiem o tym, bo kiedy gramy koncerty w Łodzi to mam wrażenie, że tutaj ludzie są najsmutniejsi… może bieda już tak przygniata ludzi? Czasem jeżdżę samochodem w ciągu dnia, kiedy większość ludzi jest w pracy i patrzę. To jest dramat — taka smutna, szara masa snuje się po ulicach.
A domyślasz się czemu ta publika jest inna, gorsza niż kilka lat temu? Raz — część ludzi wyjechała do Anglii, dwa — część wyjechała na studia i do pracy do innych miast…
A trzy — teraz powiem mądrą rzecz — to jest przypadłość nowej generacji. Mam komputer, muzykę, którą słucham — ściągnę, a koncert? Na co mi koncert? Teraz to chyba jest wydarzenie bardziej towarzyskie. Pójdzie się, zapali, popije. Ludzie chyba już nie potrafią się cieszyć tym, że na przykład wyszła fajna płyta, bo oni to wszystko mają. W zeszłym roku w dzień premiery “Tylko dla dorosłych” byłem po południu w sklepie z płytami. Album już oficjalnie zniknął z półek i jakiś gość znalazł schowany jeden egzemplarz. Padł na kolana, zadzwonił do matki, krzycząc “mamo jest, znalazłem!”. Takie emocje powinna budzić sztuka. Nie mówię, żeby popadać w tak skrajną euforię, ale to jest fajne.
Wchodząc już w etykę słuchania — jeszcze jako dzieciak dostawałem kasety, a nie kompakty i fakt tego, że trzeba było odsłuchać utwór po utworze, a potem odwrócić stronę, bo nie wszystkie odtwarzacze miały autorewers… Kto pamięta, co to jest autorewers?
No ja pamiętam. Ostatnio znów jest boom na kasety i jako posiadacz kilku tysięcy kaset, ostatnio kupiłem sobie magnetofon i znów słucham taśm. Do tego mam pomysł, żeby zrobić coś i wydać na kasecie. Pewnie kompletnie się nie sprzeda. Chyba, że jako gadżet. Miałem taki pomysł już wcześniej i jak ostatnio trafiłem na info, że jest renesans kaset — no to czemu nie?
Wracając do estetyki — dawniej albumy były jako płyta winylowa, jako kaseta. Dwie strony, dwa początki, a do tego były krótsze.
Tak, czasem odnoszę wrażenie, że albumy są za długie, że człowiek nie jest w stanie skupić się 65 minut… Między innymi dlatego lekcje mają 45 minut. Nie wiem, może zacznijmy kreować modę na krótkie płyty? Ja uwielbiam słuchać materiałów, które pozostawiają niedosyt. Myślisz wtedy — mogłyby być tam jeszcze dwa numery. A nie ma. Co robisz? Słuchasz jeszcze raz.
Nie bez powodu “Illmatic” miał 10 utworów, ale 3 lata później Biggie wydał dwupłytowy album i też był bardzo mocny, chociaż dzisiaj ciężej nagrać tak dobry materiał.
Ja mam takie wrażenie, że teraz w sumie nie ma niczego nowego. Nie mówię o pojedynczych wykonawcach, którzy się pojawiają i wydają perełkę. Jeszcze parę lat temu pojawiały się nurty, które przeradzały się wręcz w ruchy społeczne — chociażby hip-hop, albo w Polsce jak był szał na punk. To też była kultura. Metalowcy też mieli swoją kulturę. Dlatego czekam, bo ze statystyki wynika, że niedługo powinno pieprznąć coś fajnego.
—–













Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny