Synonim wiosny — Lavorama

kbls, 3 maja 2011 w kategorii Muzyka

Naj­bar­dziej wio­senna płyta w całej histo­rii rapu? O ile kto­kol­wiek chciałby stwo­rzyć ran­king tego typu — Ortega byłaby w czo­łówce. Płyta, którą trzeba poczuć każ­dym ze zmysłów.

Dłuż­szy dzień? Głęb­sze dekolty? Peł­niej­sze alejki w par­kach? Owszem, ale dla mnie ist­nieje zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wyra­zi­sty znak nad­cho­dzą­cej wio­sny. Gdy aler­gicy zaczy­nają prze­kli­nać swoją cho­robę, a straż miej­ska braki w budże­cie uzu­peł­nia kosz­tem ludzi spo­ży­wa­ją­cych osie­dlowy bro­war po cięż­kim dniu pracy, w gło­śni­kach, słu­chaw­kach i umy­słach zaczyna roz­brzmie­wać Ortega Car­tel. Lavo­ho­lics, po dłu­giej i mroź­nej zimie, budzą się do życia, wraz z pierw­szymi tchnie­niami cie­płego powie­trza i roz­kosz­nie chło­sta­ją­cych twa­rze pro­mieni sło­necz­nych. Wraz z pierw­szym dźwię­kiem Miami Vice.

Dobre czasy, złe czasy…

Kla­syczne recen­zje płyt oce­niają, wydają wyroki, porów­nują, wska­zują słabe i mocne strony. Ale prze­cież Lavo­rama to nie jest kla­syczna płyta. To nie jest krą­żek, który odsłu­chu­jemy, to jest cd zabie­ra­jący nas na ławkę, prze­no­szący nas do parku, wle­wa­jący nam w gar­dła piwo i her­batę, w uszy zaś miód. Album roz­bu­dza­jący wspo­mnie­nia i kreu­jący nowe. Sia­dam więc na niej w połu­dnio­wym sło­neczku i rado­śnie wypusz­czam pierw­szy ładu­nek dwu­tlenku węgla ze zmro­żo­nej puszki.

Lodo­wate i płynne złoto z Tychów, Żywca, czy Łomży, chluba pra­skich knajp i bawar­skich karczm, prze­dziera się powoli przez zaschnięte gar­dło w rytm leni­wego flow Reno. Zie­leń, tak inten­sywna i głę­boka zie­leń wiruje wokół roz­ża­rzo­nej głowy. Życie jest jak skok na bank. Nie­sa­mo­wity sam­pel, ta do bólu wyra­zi­sta gitara, od razu przy­wo­łu­jąca widok kwietniowo-majowego mia­sta, tekst – hymn wszyst­kich roz­la­złych leniw­ców, które wiszą na osie­dlo­wych mur­kach. Jedna pio­senka, a zawiera w sobie całe cie­pło pły­nące z poran­nych spa­ce­rów, z rowe­ro­wych wycie­czek nad stawy, z godzin  str­wo­nio­nych na plu­ciu pod osie­dlo­wym mur­kiem, w prze­rwach opo­wia­da­jąc o pla­nach na przyszłość.

Kilka wer­sów odda­ją­cych cały sens doro­słego życia, w które prze­cież wkra­cza się wyjąt­kowo bole­śnie. Nie­zno­śna lek­kość bytu brzmiąca wyraź­nie z każ­dego taktu i każ­dej nutki. Odsta­wie­nie obo­wiąz­ków na dal­szy plan. Relaks na par­ko­wej ławeczce. Dobre czasy, złe czasy, ale leje się bro!

Chło­pak z Bałut, z roz­sąd­kiem i ikrą

Zakła­dam na głowę czapkę, która dotąd leżała spo­koj­nie roman­su­jąc z malo­wa­nym drew­nem sta­rej ławki. Suchy piach, pamię­ta­jący czasy peł­nej prze­py­chu i fabry­kanc­kiego blich­tru świet­no­ści Parku Hele­now­skiego w Łodzi kurzy nie­mi­ło­sier­nie koń­cówki gra­na­to­wego dżinsu bez­wied­nie opa­da­ją­cego na białe buty. Kixy poko­nują ską­pane w słońcu skwerki w miej­skich ogro­dach Anstadta, czy parku Śledzia. Zorien­to­wany miej­ski i pewny chód zapew­nia bez­ko­li­zyjne mija­nie sto­li­ków z plan­szami sza­cho­wymi, na któ­rych rolę goń­ców przyj­mują butelki, pion­ków zaś kieliszki.

Bły­skają puszki, choć gdzie­nie­gdzie istot­nie udaje się zauwa­żyć praw­dziwe sza­chowe figury w poje­dynku mię­dzy eme­ry­to­wa­nymi włók­nia­rzami. Pobrzmie­wają nie­sione przez par­kowe echo wesołe prze­kleń­stwa zwy­cięz­ców, jak i tych poko­na­nych, gdzieś w oddali docho­dzi woła­nie znu­żo­nej dłu­gim spa­ce­rem dziew­czynki, w innym miej­scu to matka, a może bab­cia koń­czy prze­chadzkę ze swoją dzia­twą i zawraca na obiad.

Na zie­lo­nych boiskach wyra­stają następcy van Bastena i Gul­lita, aktu­al­nie jed­nak z placu gry nie zdej­muje ich Jose Mourinho, ale tro­skliwa mama szy­ku­jąca prze­pyszne desery. Z kunsz­tem i wyczu­ciem mat­czyne nawo­ły­wa­nia racjo­nują siły swo­ich naj­lep­szych zawod­ni­ków. Ambi­cje, spo­kój, zde­cy­do­wa­nie. Bit brzmi. Flow pły­nie. Chło­pak z Bałut, z roz­sąd­kiem i ikrą.

Czuję się jak Hemingway

Ciszę wśród miesz­kań­ców bloku prze­rywa cha­rak­te­ry­styczny dźwięk. Wszy­scy loka­to­rzy tego komu­ni­stycz­nego reliktu znają go lepiej niż czło­wiek, który ubar­wił kawa­łek swoim czer­nia­kow­skim rapem. Cie­pła her­bata wypeł­nia pokój zapa­chem przy­wo­łu­ją­cym przed oczy naj­cud­niej­sze obrazy dzie­ciń­stwa tak uro­czo prze­peł­nio­nego bez­tro­ską. Wpa­da­jące przez sze­roko otwarte okno, poma­rań­czowe świa­tło ze zni­ka­ją­cej poma­lutku za hory­zon­tem gwiazdy ogrze­wa­ją­cej nasz układ sło­neczny pod­kre­śla sub­tel­ność i deli­kat­ność muzyki pły­ną­cej z gło­śni­ków. Sie­dzę na kana­pie i pochy­lam się nad każdą naj­mniej­szą cząstką ota­cza­ją­cego mnie świata, jed­no­cze­śnie myśląc o rze­czach głęb­szych niż kanion Kolo­rado, jak i zupeł­nie przy­ziem­nych, jak dziura w pamięci po wczo­raj­szym wieczorze.

Umysł jest gdzieś daleko, czuj­ność została kom­plet­nie uśpiona, a zamglone, zmę­czone powieki reje­strują wybiór­czo obraz ide­al­nego porządku, nawet jeśli w pokoju panuje nie­prze­mo­żony bała­gan. Miły dla ucha bit łączy się w jedną, nie­ro­ze­rwalną całość z baj­kowo oświe­tlo­nym poko­jem oraz wyborną her­batą, która aktu­al­nie sma­kuje o wiele lepiej niż kli­nowy bro­war, zacniej niźli naj­przed­niej­sza brandy, inten­syw­niej, niż słodka nalewka bab­ci­nej receptury.

Całość pochła­nia mnie i oble­pia, a jed­no­cze­śnie prze­cież chłonę ten uni­kalny mani­fest zwy­czaj­nego czło­wieka, który roz­bi­sur­ma­nił się w mło­do­ści, a teraz musi prze­pra­szać za swoje lek­ko­myślne zacho­wa­nie. Jestem gdzieś u Wybrzeży Soma­lii, po chwili zaś wra­cam do naj­głęb­szych prze­my­śleń o  życiu czło­wieka post­ko­mu­ni­stycz­nego. Dostrze­gam wszystko ostrzej i wyraź­niej, choć prze­cież nie­malże nic nie widzę przez białą mgiełkę zasnu­wa­jącą źrenice. Widzę dobit­niej, choć balan­suję na gra­nicy zapad­nię­cia w głę­boki, popo­łu­dniowy sen. Wio­sna, tak sen­nie uspo­ka­ja­jąca, a jed­no­cze­śnie żywo zie­lona prze­do­staje się do płuc. Prze­do­staje się do płuc.

Był ze mną wtedy, gdy na mie­ście ruszył bom­bing

Zapada zmrok, a ja znów jestem dziec­kiem prze­sia­du­ją­cym na beto­no­wym bun­krze pod blo­kiem. Mama nawo­łuje, żebym wresz­cie wró­cił spać, ale jest prze­cież tak cie­pło, tak miło i tak wio­sen­nie. Bawimy się w cho­wa­nego, pod­czas gdy ledwo roz­róż­niamy kształty w mroku. Gramy w piłkę już od dawna tej piłki nie widząc, albo po pro­stu sie­dzimy i gadamy o życiu. Flashback’i głę­boko zako­pa­nych pod natło­kiem codzien­nych spraw wspo­mnień powra­cają z gorzką melan­cho­lią, ale i olbrzy­mią dumą z każ­dej prze­ży­tej minuty, z każ­dego roz­ora­nego do krwi kolana, z każ­dego taktu gra­ją­cej z walk­ma­nów star­szych kum­pli muzyki. Cie­płe, wiosenno-letnie wie­czory z powo­dze­niem mogłyby stać się obiek­tem kultu, o ile już takim nie są.

Uni­kalna mie­szanka nie­po­koju zwią­za­nego z późną porą i eks­cy­ta­cji z moż­li­wo­ści obej­rze­nia po raz pierw­szy w życiu night-life’u. Liceum, gim­na­zjum, pod­sta­wówka – obrazy z prze­szło­ścią migo­czą niczym fle­sze apa­ra­tów japoń­skich tury­stów spa­ce­ru­ją­cych po naj­bar­dziej repre­zen­ta­cyj­nych uli­cach mia­sta, tak nie­od­le­głych od zapusz­czo­nych, ale w swym zapusz­cze­niu bez­sprzecz­nie pięk­nych podwórek.

Wie­czorne prze­my­śle­nia, spa­cery z psem z puszką w gar­ści, pierw­sze nocne powroty z imprez i ten bole­śnie przy­po­mi­na­jący o tym, iż to daleka prze­szłość głos Mielzky’ego. Histo­ria rapu, pierw­sze kase­ciaki, dud­niący hałas z otwar­tych okien, pusz­czane w atmos­fe­rze tajem­nicy Księgi Kali­bra i kom­naty Wu-Tangu. Gol­den age. Gol­den age of rap and gol­den age of life. Nigdy nie czu­łem się tak dobrze.

Dzień z życia. Zwy­kły wio­senny dzień, pod sło­necz­nym nie­bem, pod gwiaź­dzi­stym nie­bem, w dobrych, czy złych cza­sach, ale wciąż w tym samym, uni­kal­nym, cud­nym, cie­płym i do bólu sty­lo­wym kli­ma­cie. Może nie ma tu bły­sko­tli­wych pun­chy, cię­tych ripost, wysu­bli­mo­wa­nych porów­nań czy tech­nicz­nych fajer­wer­ków, ale prze­cież – czy tego szu­kają Lavo­ho­lics? Nie, oni po pro­stu żyją wio­sną. Oddy­chają zie­le­nią. Tej płyty nie słu­chają, tylko ją czują. Cze­ka­li­śmy na Cie­bie całą zimę. Wio­sno. Ortego.

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - kbls

Tyrmand opisał go w powieści Zły: Reporter iskra. Reporter widmo. Człowiek, dla którego nie ma drzwi zamkniętych. Dziennikarz, u którego w lewej kieszeni spodni bije puls Łodzi. Oczy i uszy Miasta Włókniarzy. Jednym słowem: Kubuś. Zawsze tam, gdzie mieszka sport, dobra muzyka i klimat jego ukochanych Bałut.

Podobne artykuły

  • Relacja z Adidas Originals Rock The Floor
  • ReMinder: Adidas Rocks The Floor (edycja specjalna)
  • Jesteśmy na Pinterest.com
  • Raz, dwa, trzy, hejterem jesteś ty!
  • Pewnym krokiem po niepewnym tropie…

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny