Najbardziej wiosenna płyta w całej historii rapu? O ile ktokolwiek chciałby stworzyć ranking tego typu — Ortega byłaby w czołówce. Płyta, którą trzeba poczuć każdym ze zmysłów.
Dłuższy dzień? Głębsze dekolty? Pełniejsze alejki w parkach? Owszem, ale dla mnie istnieje
zdecydowanie bardziej wyrazisty znak nadchodzącej wiosny. Gdy alergicy zaczynają przeklinać swoją chorobę, a straż miejska braki w budżecie uzupełnia kosztem ludzi spożywających osiedlowy browar po ciężkim dniu pracy, w głośnikach, słuchawkach i umysłach zaczyna rozbrzmiewać Ortega Cartel. Lavoholics, po długiej i mroźnej zimie, budzą się do życia, wraz z pierwszymi tchnieniami ciepłego powietrza i rozkosznie chłostających twarze promieni słonecznych. Wraz z pierwszym dźwiękiem Miami Vice.
Dobre czasy, złe czasy…
Klasyczne recenzje płyt oceniają, wydają wyroki, porównują, wskazują słabe i mocne strony. Ale przecież Lavorama to nie jest klasyczna płyta. To nie jest krążek, który odsłuchujemy, to jest cd zabierający nas na ławkę, przenoszący nas do parku, wlewający nam w gardła piwo i herbatę, w uszy zaś miód. Album rozbudzający wspomnienia i kreujący nowe. Siadam więc na niej w południowym słoneczku i radośnie wypuszczam pierwszy ładunek dwutlenku węgla ze zmrożonej puszki.
Lodowate i płynne złoto z Tychów, Żywca, czy Łomży, chluba praskich knajp i bawarskich karczm, przedziera się powoli przez zaschnięte gardło w rytm leniwego flow Reno. Zieleń, tak intensywna i głęboka zieleń wiruje wokół rozżarzonej głowy. Życie jest jak skok na bank. Niesamowity sampel, ta do bólu wyrazista gitara, od razu przywołująca widok kwietniowo-majowego miasta, tekst – hymn wszystkich rozlazłych leniwców, które wiszą na osiedlowych murkach. Jedna piosenka, a zawiera w sobie całe ciepło płynące z porannych spacerów, z rowerowych wycieczek nad stawy, z godzin strwonionych na pluciu pod osiedlowym murkiem, w przerwach opowiadając o planach na przyszłość.
Kilka wersów oddających cały sens dorosłego życia, w które przecież wkracza się wyjątkowo boleśnie. Nieznośna lekkość bytu brzmiąca wyraźnie z każdego taktu i każdej nutki. Odstawienie obowiązków na dalszy plan. Relaks na parkowej ławeczce. Dobre czasy, złe czasy, ale leje się bro!
Chłopak z Bałut, z rozsądkiem i ikrą
Zakładam na głowę czapkę, która dotąd leżała spokojnie romansując z malowanym drewnem starej ławki. Suchy piach, pamiętający czasy pełnej przepychu i fabrykanckiego blichtru świetności Parku Helenowskiego w Łodzi kurzy niemiłosiernie końcówki granatowego dżinsu bezwiednie opadającego na białe buty. Kixy pokonują skąpane w słońcu skwerki w miejskich ogrodach Anstadta, czy parku Śledzia. Zorientowany miejski i pewny chód zapewnia bezkolizyjne mijanie stolików z planszami szachowymi, na których rolę gońców przyjmują butelki, pionków zaś kieliszki.
Błyskają puszki, choć gdzieniegdzie istotnie udaje się zauważyć prawdziwe szachowe figury w pojedynku między emerytowanymi włókniarzami. Pobrzmiewają niesione przez parkowe echo wesołe przekleństwa zwycięzców, jak i tych pokonanych, gdzieś w oddali dochodzi wołanie znużonej długim spacerem dziewczynki, w innym miejscu to matka, a może babcia kończy przechadzkę ze swoją dziatwą i zawraca na obiad.
Na zielonych boiskach wyrastają następcy van Bastena i Gullita, aktualnie jednak z placu gry nie zdejmuje ich Jose Mourinho, ale troskliwa mama szykująca przepyszne desery. Z kunsztem i wyczuciem matczyne nawoływania racjonują siły swoich najlepszych zawodników. Ambicje, spokój, zdecydowanie. Bit brzmi. Flow płynie. Chłopak z Bałut, z rozsądkiem i ikrą.
Czuję się jak Hemingway
Ciszę wśród mieszkańców bloku przerywa charakterystyczny dźwięk. Wszyscy lokatorzy tego
komunistycznego reliktu znają go lepiej niż człowiek, który ubarwił kawałek swoim czerniakowskim rapem. Ciepła herbata wypełnia pokój zapachem przywołującym przed oczy najcudniejsze obrazy dzieciństwa tak uroczo przepełnionego beztroską. Wpadające przez szeroko otwarte okno, pomarańczowe światło ze znikającej pomalutku za horyzontem gwiazdy ogrzewającej nasz układ słoneczny podkreśla subtelność i delikatność muzyki płynącej z głośników. Siedzę na kanapie i pochylam się nad każdą najmniejszą cząstką otaczającego mnie świata, jednocześnie myśląc o rzeczach głębszych niż kanion Kolorado, jak i zupełnie przyziemnych, jak dziura w pamięci po wczorajszym wieczorze.
Umysł jest gdzieś daleko, czujność została kompletnie uśpiona, a zamglone, zmęczone powieki rejestrują wybiórczo obraz idealnego porządku, nawet jeśli w pokoju panuje nieprzemożony bałagan. Miły dla ucha bit łączy się w jedną, nierozerwalną całość z bajkowo oświetlonym pokojem oraz wyborną herbatą, która aktualnie smakuje o wiele lepiej niż klinowy browar, zacniej niźli najprzedniejsza brandy, intensywniej, niż słodka nalewka babcinej receptury.
Całość pochłania mnie i oblepia, a jednocześnie przecież chłonę ten unikalny manifest zwyczajnego człowieka, który rozbisurmanił się w młodości, a teraz musi przepraszać za swoje lekkomyślne zachowanie. Jestem gdzieś u Wybrzeży Somalii, po chwili zaś wracam do najgłębszych przemyśleń o życiu człowieka postkomunistycznego. Dostrzegam wszystko ostrzej i wyraźniej, choć przecież niemalże nic nie widzę przez białą mgiełkę zasnuwającą źrenice. Widzę dobitniej, choć balansuję na granicy zapadnięcia w głęboki, popołudniowy sen. Wiosna, tak sennie uspokajająca, a jednocześnie żywo zielona przedostaje się do płuc. Przedostaje się do płuc.
Był ze mną wtedy, gdy na mieście ruszył bombing
Zapada zmrok, a ja znów jestem dzieckiem przesiadującym na betonowym bunkrze pod blokiem. Mama nawołuje, żebym wreszcie wrócił spać, ale jest przecież tak ciepło, tak miło i tak wiosennie. Bawimy się w chowanego, podczas gdy ledwo rozróżniamy kształty w mroku. Gramy w piłkę już od dawna tej piłki nie widząc, albo po prostu siedzimy i gadamy o życiu. Flashback’i głęboko zakopanych pod natłokiem codziennych spraw wspomnień powracają z gorzką melancholią, ale i olbrzymią dumą z każdej przeżytej minuty, z każdego rozoranego do krwi kolana, z każdego taktu grającej z walkmanów starszych kumpli muzyki. Ciepłe, wiosenno-letnie wieczory z powodzeniem mogłyby stać się obiektem kultu, o ile już takim nie są.
Unikalna mieszanka niepokoju związanego z późną porą i ekscytacji z możliwości obejrzenia po raz pierwszy w życiu night-life’u. Liceum, gimnazjum, podstawówka – obrazy z przeszłością migoczą niczym flesze aparatów japońskich turystów spacerujących po najbardziej reprezentacyjnych ulicach miasta, tak nieodległych od zapuszczonych, ale w swym zapuszczeniu bezsprzecznie pięknych podwórek.
Wieczorne przemyślenia, spacery z psem z puszką w garści, pierwsze nocne powroty z imprez i ten boleśnie przypominający o tym, iż to daleka przeszłość głos Mielzky’ego. Historia rapu, pierwsze kaseciaki, dudniący hałas z otwartych okien, puszczane w atmosferze tajemnicy Księgi Kalibra i komnaty Wu-Tangu. Golden age. Golden age of rap and golden age of life. Nigdy nie czułem się tak dobrze.
Dzień z życia. Zwykły wiosenny dzień, pod słonecznym niebem, pod gwiaździstym niebem, w dobrych, czy złych czasach, ale wciąż w tym samym, unikalnym, cudnym, ciepłym i do bólu stylowym klimacie. Może nie ma tu błyskotliwych punchy, ciętych ripost, wysublimowanych porównań czy technicznych fajerwerków, ale przecież – czy tego szukają Lavoholics? Nie, oni po prostu żyją wiosną. Oddychają zielenią. Tej płyty nie słuchają, tylko ją czują. Czekaliśmy na Ciebie całą zimę. Wiosno. Ortego.














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny