… czyli o tym jak zdobyć, trudne do zdobycia! Pod koniec listopada rzuciliśmy Wam wyzwanie, zapraszając na krótką grę po mieście. Odwiedzając kolejne zakamarki Łodzi mogliście wygrać singiel Wygi. Jak Wam poszło i czy “Serce, rozum & głos” brzmi w głośnikach uczestników wyścigu? Zerknijcie na relacje.
Jeśli możesz wygrać, musisz spróbować!
Niepowtarzalne okazje inspirują do działania. Gdy doszła mnie wieść, że wykazując się refleksem, znajomością topografii miasta i wyostrzoną uwagą, można stać się posiadaczem limitowanego i niepowtarzalnego singla pewnego łódzkiego rapera, nie miałam pytań o to czy zawalczyć, a raczej o to, gdzie są kluczyli do samochodu? Uzyskawszy szybką odpowiedź od równie zainteresowanego kierowcy auta, ja i on właśnie, uzbrojeni w mapę Łodzi, rękawiczki i szaliki rozpoczęliśmy udział w wyścigu.
Kierunek: Gdańska 23 i hasło zapisane w głowie, to jedyne wytyczne, które zawieść nas miały do celu. Tylko dla trzech pierwszych osób przebrnięcie przez wyznaczony szlak osłodzone miało być nagrodą. Mobilizujący charakter sytuacji już po chwili zaprowadził nas na miejsce. Sklep monopolowy? Hmm, sprawdzamy. Pani w fartuszku w kratkę zdawała się nie mieć przygotowanej odpowiedzi na hasło „ Stare wygi z pierwszej ligi”.
Z zaplecza jednak wyłonił się chłopak, który z większym zrozumieniem odpowiedział na cytowaną frazę. Wskazując kolejny punkt do zaliczenia – okolice basenu Wodny Raj – powiadomił nas jednocześnie, że nie jesteśmy pierwszymi klietami-nie-klinetami tego sklepu, którzy zawitali tu z zamiarem wygrania singla.
Jeśli tracisz trop, poszukaj od nowa!
Dodatkowo zmobilizowani, grzecznie pożegnaliśmy obsługę sklepu, aby ruszyć we wskazane okolice. Na miejscu okazało się, że nie czeka na nas nikt. Jeszcze nie przyjechali? A może już się skończyło? Nie możliwe, przed nami była tylko jedna osoba. Rzucenie oka na skatepark przy basenowym parkingu niewiele pomogło, dwukrotne obejście go, podobnie. Krążyliśmy po okolicy, trochę bez pomysłu, ale towarzyszyło nam przekonanie, że pewnie zaraz ktoś się zjawi. Jednak z biegiem czasu to poczucie stawało się coraz bardziej niepewne. Miłym urozmaiceniem w tym oczekiwaniu było rozpoznanie charakterystycznej i zawsze dobrej kreski „etamcrumowskiej”, której obejrzenie na chwile odwiodło od zastanawianie się „co dalej?”.
W końcu zaczęła dopadać nas rezygnacja. Faceebok monitorowany w telefonie szczędził wskazówek odnośnie przebiegu konkursu. Punktem, może jeszcze nie zwrotnym, ale nadającym nowej barwy sytuacji, było pojawienie się na horyzoncie, osoby trzeciej, wyraźnie kierującej się do okupowanego przez nas skateparku. „To pewnie ten, który ubiegł nas na Gdańskiej.” Zaiste. To było on.
Równie zdeterminowany jak my, a po chwili równie uśmiechnięty. Na wszystkich trzech twarzach zawitało zadowolenie, gdyż trójka potencjalnych konkurentów okazała się być nie takimi aż złymi znajomymi. „Cześć!” „Cześć!” Potoczyło się kilka zdań o tym, że miło i że w trójkę. Fakt, że żadne z nas nie wiedziało co dalej, nie zmienił się jednak. O tym, że gdzieś tu musi być zostawiony jakiś znak, pomyślałam i chyba nawet powiedziałam już wcześniej.
Idea ta nie znalazła jednak większego poparcia, więc po wstępnym węszeniu, wygasła. W obliczu braku innych pomysłów, powróciłam jednak do niej i tym razem, bardziej skrupulatnie, przyglądać się zaczęłam, wyrastającym z betonu obiektom. Jak wcześniej mogłam nie zauważyć dość dużego, czerwonego napisu TOEFIL namalowanego spreyem? Nie wiem. Wewnętrzny zawód w reakcji na niedoskonałą spostrzegawczość przyćmił jednak zastrzyk energii i myśl, że jedziemy dalej! Tylko gdzie ten Teofil? Każdy coś słyszał, nie każdy widział. Widział jednak nowy członek naszego składu, bo tej pory poruszaliśmy się w trójkę. Droga okazała się być krótka, a Teofil duży.
Węszysz do skutku, więc jesteś w ogródku.
Tym razem instynkt też lekko nas zawiódł. Chybionym pomysłem było wtargnięcie na strzeżony parking. Strażnik na nim pracujący nie wiedział nic o żadnej grze, nie wiedział, też chyba o co nam w ogóle chodzi. Malujące się na jego twarzy niedowierzanie pomieszane z rodzącą się złością utwierdziło nas w przekonaniu, że to zły trop. Teofil, jak wspomniano jest duży, dlatego nie zrażeni błędnym pierwszym krokiem, poczyniliśmy następne. Budynek okrążony z lewej do prawej wydawał się milczeć. Dopiero metalowe ogrodzenie przywołało nas czerwoną wskazówką, tym razem w postaci strzałki. Powiodła nas ona dalej, aby tuż za zakrętem ujawnił nam się napis „www.wyga.co.”
Jak to dobrze mieć pod ręką telefon z dostępem do sieci… Instrukcje podane na witrynie powiodły nas do kolejnego punktu — Radio ŻAK. Zdawało nam się, że jako ten wilk, już prawie jesteśmy w ogródku. Aby jednak nie zapeszyć, ruszyliśmy czym prędzej, nie rezygnując ze skupienia i pełnej gotowości. Trafić do siedziby rozgłośni udało się bezbłędnie. Ruch na wskazanym przez portiera korytarzu zapowiadał coś dobrego. Najlepiej zaś zapowiadała postać owego łódzkiego rapera, w ręku trzymającego swoje single. Przybiwszy piątki, podarował całej trójce swój najnowsze dzieło.
W krótkiej rozmowie zrelacjonowaliśmy nasze tropienie, on zaś opowiedział trochę o muzycznych poczynaniach i planach. Czując się tego wieczoru zwycięzcami, opuściliśmy rejony Politechniki. Wieczór choć pełen wrażeń, nie skończył się jeszcze. Nawet pierwszy odsłuch płyty Wygi musiał poczekać. Zamiarem naszym było jeszcze wizyta na koncercie Izy Lach, młodej zdolnej wokalistki z Łodzi, ale to już zupełnie inna historia.
Ha! Teraz singla możemy słuchać nie tylko stąd:














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny