Jeżozwierz. Reprezentant warszawskiej Ochoty. Niecałe dwa tygodnie temu wydał debiutancki album nakładem raczkującej jeszcze wytwórni Tu Wolno Palić. Sami wydawcy piszą o artyście: Urodzony raper. MC forteca. Bezkompromisowy skurczybyk, dla którego nie ma tematów tabu i który charyzmą przyćmiewa całą polską scenę. Jeżozwierz twardo stąpa po ziemi, a przy tym jest obdarzony wielką spostrzegawczością i darem niezwykle trafnego puentowania. Jaki naprawdę jest Pan Kolczasty? I dlaczego warto sięgnąć po płytę? Zajrzyjcie dalej…
Znowu w Tu Wolno Palić, znowu niezrozumiany…
Umówmy się, pierwsza płyta Jeża Chromolę tytuł, nie rozeszła się takim echem jakim powinna. Zgodzę się, że podziemie zna tę płytę i słucha po dziś dzień. Ale to nie jest los jaki winien ją spotkać. Jak wynika z moich obserwacji, tak naprawdę już niewiele osób pamięta to wydawnictwo. Ale to już przeszłość — minęły 3 lata i dostajemy oficjalny album rapera — choć w zasadzie, co mamy na myśli mówiąc oficjalny ? Chyba tylko tyle, że płyta w przeciwieństwie do poprzednika jest dostępna w Empikach oraz to, że jest wytłoczona w większym nakładzie. Wydawcą albumu jest Tu Wolno Palić — wcześniej znane jako domowe studio Świętego, dziś już wytwórnia płytowa, a Pan Kolczasty jest ich pierwszą bombą zrzucaną na polską rap scenę.
Na ch** rap robisz, jak nie zarobisz?
Odpowiedź na powyższe pytanie jest bardzo prosta w przypadku Jeża. Dla zajawki. Dobija do trzydziestki (jak mówi w Dziadostwie — ostatnie dwudzieste urodziny, potem leci trzeci krzyżyk), ale mimo to widać i słychać u niego mnóstwo zajawki. Gdy ktoś kiedykolwiek widział tego prawie dwumetrowego wariata i pogadał z nim na temat muzyki — jego własnej lub ulubionej — to wie o czym mówię. Ale nie znajdziecie na tej płycie rapu o rapie. Co to, to nie. Pan raper porusza kwestie społeczne dotyczące mieszkańca większych miast — a zwłaszcza Warszawy, kwestię lokalnego patriotyzmu (DwaWuA), ale także zajawki nie spotykanej tak często u raperów — tym bardziej naszych rodzimych — jak fascynacja metodami tortur… Mamy kilka poważniejszych numerów traktujących o egzystencji tego 29-latka, w tym singiel promujący album.
Wracając jeszcze do zajawki, proszę zwróćcie uwagę na wydanie albumu. Mamy klasyczną wkładeczkę z tekstami oraz czarny — już old schoolowy — tray na pudełku. Iście zajawkowa opcja. Nie należy też zapomnieć o samej okładce, a dokładnie — jej froncie. Niesamowita, przypominająca wręcz jakieś średniowieczne ryciny, grafika stworzona przez 13redrum jest jak najbardziej godna spropsowania.
Ten bit łeb urywa tak jak Virta “Beatdown”…
Warstwą muzyczną zajęli się Święty i Tedi Ted. Obydwaj niesamowicie czujący klimat lat 90., czyli ten, który Jeż lubi najbardziej — spod znaku Wu-Tangu i Boot Camp Click. I takie też muzyczne inspiracje daje się usłyszeć na tej płycie, ale nie jest to w żadnym przypadku kopiowanie takich producentów jak RZA, Da Beatminerz czy Mathematics. To bardziej chęć zestawienia Jeża z bitami, które czuje najlepiej. Poza tym, każdy kto słyszał kiedykolwiek produkcje Świętego czy Tediego wie dobrze, że to też klimat, który Panowie uwielbiają niezmiernie. Nie ma tu ni grama współczesnego plastiku. Mocne bębny, klasycznie samplowane motywy, hulające breaki i nisko osadzony bas — to jest prawidłowa charakterystyka bitów na Panu Kolczastym. Jeż oplata te bity chropowatym, przepitym głosem i trafnymi spostrzeżeniami w iście profesjonalny sposób.
Jeżeli ze względu na bity miałbym wymienić swoich faworytów z płyty to byłyby to Dalej… Znowu (kocur!), Dziadostwo, Tu Wolno Palić oraz numer… o do którego wrócę za chwilę… Mówiąc o muzyce, warto wspomnieć dwóch artystów udzielających się w kilku numerach. Po pierwsze, mamy Roux Spanę, znanego podziemnym słuchaczom m.in. z Mardi Gras i Jazzusa, którego partie puzonu wzbogaciły numery Mistrz Katowski, Niebo, Na ch** oraz Zamuł/Pozdrówy. Drugim muzykiem, jest Maciej Tokarski — basista zespołów: Irena oraz blow. Polecam wsłuchać się w jego partie basów (zwłaszcza w Liptonie - i to jest właśnie mój czwarty faworyt — gdzie, mówiąc potocznie, zniszczył system).
Jest jeszcze jedna osoba, dzięki której słyszymy tę płytę jak winniśmy słyszeć — Andrzej Giegiel a.k.a. DJ Zero, który w swoim LWW zmiksował i zmasterował cały album, tak by brzmiał właśnie jak wyprodukowany w latach 90. Chylę czoła, bo to już kolejna płyta spod rąk Andrzeja, która brzmi naprawdę znakomicie.
Tworzysz? Rób to zgodnie z sobą i płodnie…
I niech te ostatnie słowa padające na albumie przyświecają Jeżowi i całej reszcie twórców albumu, który należy bez żadnego ale zakwalifikować do bardzo udanych pozycji tego roku, jak nie najlepszej dotychczas w Polsce. Ciekaw jestem jedynie, czy tak niespotykany klimat płyty na polskim rynku przełoży się na sprzedaż. Oby. Tego życzę Panom z TWP. A Was, drodzy czytelnicy Exformers, zapraszam z czystym sumieniem do zakupu tej pozycji na oficjalnej stronie wydawnictwa (klik klik!), tudzież w Empikach w całej Polsce.
Dziadostwo
Dalej… Znowu
Lipton














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny