Po tylu latach Ostry może już napisać poradnik jak zagrać dobry koncert. Jeśli macie niedługo u siebie jeden to idźcie sprawdzić, a jeśli nie to sprawdźcie relację z wczorajszego koncertu w łódzkiej Wytwórni!
Wytwórnia zawsze mnie zastanawia jako miejsce. Jako klub nie zaadaptowany ze starego budynku np. teatru, tylko zbudowany pod obecne przeznaczenie jest miejscem praktycznie idealnym — słychać każdy szczegół i jest tutaj wszystko, czego dusza zapragnie. Mimo to publika na koncertach dość chłodno podchodzi do występujących tam artystów. Ta opinia powinna zostać przełamana po ostatnim koncercie O.S.T.R.‘a, ale do tego jeszcze dojdziemy.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to fakt, że ludzie byli wszędzie i tylko ich przybywało. Za ścianą — w głównej koncertowej sali wciąż trwała próba dźwięku, więc na razie wszyscy stali w oczekiwaniu aż cokolwiek zacznie się dziać. Koło godziny 19 drzwi zostały otwarte i cały tłum wtoczył się przed scenę, zapełniając klub mniej więcej do połowy, czekając na support w postaci łódzkiego duetu Afront.
Już kilka minut po 20 chłopaki pojawili się na scenie, ze wsparciem DJ’a Cube’a za deckami. Janek i Kas jak zwykle byli uśmiechnięci i pełni energii, ale widać było, że publika nie do końca łapie, kim jest tych dwóch. Set utworów zasadniczo nie zaskakiwał — był to klasyczny zestaw najlepszych i najbardziej znanych kawałków z dwóch płyt Afronciaków — obowiązkowo pojawiło się m.in. “Nie mamy czasu” oraz “Amerykański sen” z debiutu, “Lot” i “Wuajaż” z “Coraz Gorzej” oraz “Leń” z ich pierwszej, niewydanej płyty. Jakiś czas temu pojawiła się tendencja, że niektóre numery mają inne bity i o dziwo nie są to te numery, które nagrane były na pierwszy krążek. Napisałem wcześniej, że zasadniczo był to standardowy zestaw, ale zasadniczo oznacza, że nie do końca — tym razem nastąpił wyłom.
Kas korzystając z okazji, że ma przed sobą tak ogromną publikę, zaprezentował dwa utwory z oficjalnie już zapowiedzianej, swojej solowej płyty. Pierwszym kawałkiem było “Wyłącz telepudło” na bicie dobrze znanego brzeskiego producenta — Metro, a drugi to “Bez cukru”, który ukazał trochę szybsze flow Kasa. W tym przypadku bitem zajął się niejaki Czarny Piotruś. Nawet po latach i wielu widzianych koncertach podobają mi się szybkie zmiany wersów w kawałkach, a dodatkowy plus daje za to, że obaj bawią się tymi kawałkami i oprócz bitów zmieniają całkowicie sposób w jaki rapują te kawałki, dzięki czemu nie są po prostu “odgrzewane”. Niecała godzina to trochę mało, ale to tylko support.
Przerwa techniczna trwała dłużej niż sądzono, bo około pół godziny, ale ludzie tylko oczekiwali i spoglądali w kierunku sceny w poszukiwaniu gwiazdy wieczoru. Obowiązkowo najpierw na scenie zainstalowała się ŁDZ Orkiestra wraz DJ’em Haemem. Gdy wszystko było gotowe można było zacząć show… Przyznam się, że nie wiem jak to nazwać inaczej. Ostry przez ostatnie 11 lat zagrał tyle koncertów, że doskonale wie jak się gra koncerty, co rusza publiczność i jak na nią działać. Obowiązkowo każdy koncert zaczyna się od grania pierwszego kawałka z promowanej płyty — tu nie było zaskoczenia. Sam początek Adam zarymował z offu, stojąc za sceną, a kiedy wszedł słyszałem tylko pisk…
Taka mała dygresja — jak lubię i szanuję Ostrego za dorobek, talent i umiejętności, tak jego fani mnie drażnią. Ich reakcja kojarzy mi się z dwoma typami fanów — po pierwsze fanki The Beatles, po drugie lata 90. i boom na boysbandy, gdzie nieletnie fanki mdlały na sam widok. Wydaje mi się, że momentami niewiele brakowało.
…który powodował, że skierowałem całą uwagę na wchodzącego na scenę… Wielkiego Ptaka. Nieco zaskoczony przyglądałem się i zastanawiałem, a nasza ikona rapu miała na głowie ulubioną rzecz swojego syna — głowę Wielkiego Ptaka z Ulicy Sezamkowej.
Przede wszystkim mogliśmy usłyszeć utwory z najnowszej płyty — “Jazz, dwa, trzy”, ale nie obyło się bez kawałków z początku kariery takich jak “A.B.C.”, “Tabasko”, czy “Początek”. Wydaje mi się również, że ŁDZ Orkiestra z roku na rok gra nieco inaczej i starają się zbliżyć brzmienie i aranż do tego, co jest grane na albumach, choć początkowo było zupełnie inaczej. Od jakiegoś czasu Ostry zabiera ze sobą w trasy Zoraka, który na każdym koncercie ma swoje 5 minut by pokazać, dlaczego był mistrzem beatboxu i wciąż aspiruje do tego tytułu.
Patrząc na cały koncert można powiedzieć tylko, że jest to genialnie wyreżyserowane widowisko, w którym wszystko ma swoje miejsce. Wiadomo gdzie jest budowane napięcie, sam O.S.T.R. wzbogaca występy przemowami między kawałkami, wie jak do nich wprowadzić, wie kogo wprowadzić… a przy tym jest wciąż szeroko uśmiechnięty, szczery i wiarygodny w tym, co robi, a o to w tym wszystkim chodzi.
Zdjęcia autorstwa Mikołaja Zacharowa (zacharow.info).














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny