Miniony rok w podsumowaniu Manoli

Manola, 17 stycznia 2011 w kategorii Muzyka

Subiek­tyw­nie o 2010 miało być, a u mnie z tym trudno, bo przez ostat­nie kilka mie­sięcy zachwy­ca­łam się pły­tami z 90’ — 92’ i wał­ko­wa­łam filmy z lat poprzed­nich, o książ­kach nie wspo­mi­na­jąc. Pogrze­ba­łam w gło­wie w szu­fla­dach z naklejką „2010”, sprawdź­cie sami co z nich powyjmowałam.

Jeśli cho­dzi o płyty, to nawet nie pró­bo­wa­łam sobie spe­cjal­nie przy­po­mi­nać co w tym roku zostało wydane, w końcu wszy­scy wiemy i zachwy­camy się nowymi pro­duk­cjami Big Boi’a, Kanye West’a czy The Roots. Miłym zasko­cze­niem zza mie­dzy był dla mnie album osob­nika, który nazywa się Nottz… nie zna­łam go wcze­śniej i szcze­rze mówiąc zapo­zna­łam się z płytą przy oka­zji czy­ta­nia infor­ma­cji o featu­rin­gach Black Milka. No i bum! Kilka dobrych tygo­dni zapę­tla­łam płytę, bo nie spo­dzie­wa­łam się takiej faj­nej pro­duk­cji.

Zosta­jąc za gra­nicą, w ostat­nim roku zaczę­łam posze­rzać muzyczne hory­zonty o kilka innych gatun­ków i tra­fi­łam na Fly­ing Lotusa. Opi­nie są podzie­lone i co prawda po wnik­nię­ciu w jego twór­czość, Cosmo­gramma nie jest moją ulu­bioną płytą, to w 2010 na pewno do nich należy.

Na rodzi­mym podwórku, 2010 chyba bar­dziej mnie roz­cza­ro­wał niż zachwy­cił, ale defi­ni­tyw­nym nume­rem jeden jest dla mnie Teielte i jego album Home­workz. Dla mnie jest to płyta, która po włą­cze­niu prze­nosi słu­cha­cza w inny wymiar. Mia­łam oka­zję być na dwóch live act’ach w wyko­na­niu Pawła. Pierw­szy – w War­sza­wie, już wywarł na mnie spore wra­że­nie, ale był sła­bym sup­por­tem muzycz­nym przed rap tor­pedą jaką jest Black Milk i ludzie obecni na sali chyba tro­chę nie ogar­niali tego kli­matu. Drugi – w Kra­ko­wie, przed setem Clo­nio­usa w Łodzi Kali­skiej. Mimo całego uwiel­bie­nia dla Clo­nio­usa, dla mnie bez wąt­pie­nia to Teielte powi­nien być „gwiazdą wie­czoru”.

U Know Me, w któ­rym wydano Home­workz, w listo­pa­dzie wypu­ścił na rynek długo ocze­ki­waną pro­duk­cję Kixnare’a. Digi­tal Gar­den to już nie tylko genialny album na skalę naro­dową, bo jak pisał Taivan, album odbił się pozy­tyw­nym echem na zacho­dzie i miejmy nadzieję, że Kixnare będzie kolejną osobą z którą będą koja­rzyć nasz kraj. Dodat­kowo dosko­nałe wyda­nie gra­ficzne okładki Ani­mi­sie­wa­sza, i świet­nie wytło­czony winyl, który jako­ścią dźwięku [nawet przy odsłu­chu na słab­szym sprzę­cie] prze­bija cd. Tym, któ­rzy tak kręcą nosem na brak typowo hipho­po­wej pro­duk­cji ze strony Kixnare’a pole­cam otwo­rze­nie głów i posze­rze­nie muzycz­nych hory­zon­tów, nie ważne w jakim gatunku Łukasz się pre­zen­tuje, bez dwóch zdań daje radę!

Zmie­nia­jąc kate­go­rię, z 2010roku na pewno zapa­mię­tam fil­mową pro­duk­cję Banksy’ego Exit thro­ugh the gift shop. Film podo­bał mi się bar­dzo, ale oprócz fabuły i mnó­stwa infor­ma­cji, które przyj­mo­wa­łam z wypie­kami na policz­kach podo­bało mi się coś wię­cej. Cho­dzi o otoczkę zwią­zaną z jego pre­mierą, przed­pre­mie­rowe seanse w War­sza­wie i Łodzi, które nie pole­gały tylko na wpusz­cze­niu widzów na salę i włą­cze­niu im filmu, ale były małymi even­tami, które Ci, któ­rzy mogli w nich uczest­ni­czyć na pewno na długo zapa­mię­tają. W końcu nie na każ­dym sean­sie fil­mo­wym możemy spo­tkać graf­fi­cia­rzy lub obej­rzeć mul­ti­me­dialne pokazy graf­fiti!

Zbyt wielu kon­cer­tów w minio­nym roku nie widzia­łam i nie byłam uczest­ni­kiem, ale jestem bar­dzo zado­wo­lona z war­szaw­skiego występu Black Milka. Jak wia­domo, Powięk­sze­nie nie jest ogromne, a mimo wszel­kich nie­do­god­no­ści nikt nie narzekał. Przez cały kon­cert nie było spo­sobu by sta­nąć i odpo­cząć. Cza­sem wyróż­niamy w kon­cer­tach trzy etapy: począ­tek czyli taką roz­grzewkę, środek będący tor­pedą i meri­tum kon­certu, i zakoń­cze­nie w któ­rym arty­ści wyraź­nie zwal­niają.. na tym kon­cer­cie nie można było liczyć na tą trzy­eta­po­wość. Póź­niej, bez żadnego gwiaz­dor­stwa i mimo braku sił, Black Milk, AB i Daru zna­leźli czas na roz­mowę z widow­nią, sprze­daż koszu­lek i pod­pi­sy­wa­nie płyt. No i mój oso­bi­sty suk­ces, czyli pałeczka od per­ku­si­sty — Daru Jones’a. Panie Maceo! Pokłony za orga­ni­za­cję tego eventu!

Nie roz­jeż­dża­jąc się po Pol­sce, wra­cam do Kra­kowa i tu na mój zachwyt bez­a­pe­la­cyj­nie zasłu­guje postać Nawera. Przez cały 2010 rok razem z gale­rią Baraka orga­ni­zo­wał genialne wystawy arty­stów nie tylko z kraju,ale i tych spoza jego gra­nic. Na pewno wielu oso­bom zapad­nie w pamięć wer­ni­saż Forina, na który wpadł O.S.T.R i zagrał spon­ta­niczny kon­cert. Dzięki dzia­łal­no­ści Nawera i nie tylko, sztuka uliczna w dobrym, nie­zmie­nio­nym stylu wkra­cza na salony, ale na takie w któ­rych możesz pójść w blu­zie i adidasach,a nie wypo­ży­czo­nym gar­ni­tu­rze od Arma­niego.

Co do zachwy­tów nad dzia­łal­no­ścią gra­ficzną Nawera na pewno warto wspo­mnieć o Nawer vs Tem­po­rary Space Design pre­zen­to­wa­nym w kra­kow­skim klu­bie Fabryka. Jestem prze­szczę­śliwa, że zde­cy­do­wali się na roz­ło­że­nie tego eventu na dwa dni, gdyż pierw­szego nie mogłam się poja­wić. Ogrom pracy jaki wło­żyli w efekt koń­cowy powi­nien zostać nagro­dzony jakimś arty­stycz­nym odzna­cze­niem.  Genialna współ­praca dźwięku, świa­tła i gra­fiki. Kto nie widział, może zoba­czyć na poniż­szym fil­miku, ale fak­tem jest, że nie oddaje on nawet set­nej czę­ści tego jak wyglą­dało to na żywo. Wielu ludzi (w tym i ja ) z sali poka­zo­wej wycho­dziło z sze­roko otwar­tymi ustami.

Pod­su­mo­wu­jąc, 2010 dostar­czył mi wielu oka­zji to „zbie­ra­nia szczęki z pod­łogi” ale liczę że 2011 dostar­czy jesz­cze wię­cej, np. nową płytą Cun­nin Lun­gu­ists, 10” pro­duk­cją Daniela Drumza albo albu­mem Street Fonts! A to dopiero początek!

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - Manola

Chodzący uśmiech w klamerkach, dobry humor wekuje i trzyma w słoikach w piwnicy. Dzień zaczyna od kwestii "jeszcze pięć minut". Wyda ostatnie pieniądze na oryginalne cd lub bilet na koncert,a złośliwi (i ci mniej) twierdzą, że ma więcej szczęścia niż rozumu. Nałogowo i kilka razy dziennie na różne sposoby połyka muzykę, literki z książek lub gazet i herbatę cytrynową. Chciałaby mieć ogromną szafę pełną adidasów,całoroczną plantację arbuzów i 33godzinną dobę na własność.

Podobne artykuły

  • Relacja z Adidas Originals Rock The Floor
  • Franek Mysza w Hiszpanii
  • Program Adidas Rock The Floor
  • Kolejny miks od załogi UKnowMe Records
  • 2011 podsumowuje Aks

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny