Subiektywnie o 2010 miało być, a u mnie z tym trudno, bo przez ostatnie kilka miesięcy zachwycałam się płytami z 90’ — 92’ i wałkowałam filmy z lat poprzednich, o książkach nie wspominając. Pogrzebałam w głowie w szufladach z naklejką „2010”, sprawdźcie sami co z nich powyjmowałam.
Jeśli chodzi o płyty, to nawet nie próbowałam sobie specjalnie przypominać co w tym roku zostało wydane, w końcu wszyscy wiemy i zachwycamy się nowymi produkcjami Big Boi’a, Kanye West’a czy The Roots. Miłym zaskoczeniem zza miedzy był dla mnie album osobnika, który nazywa się Nottz… nie znałam go wcześniej i szczerze mówiąc zapoznałam się z płytą przy okazji czytania informacji o featuringach Black Milka. No i bum! Kilka dobrych tygodni zapętlałam płytę, bo nie spodziewałam się takiej fajnej produkcji.
Zostając za granicą, w ostatnim roku zaczęłam poszerzać muzyczne horyzonty o kilka innych gatunków i trafiłam na Flying Lotusa. Opinie są podzielone i co prawda po wniknięciu w jego twórczość, Cosmogramma nie jest moją ulubioną płytą, to w 2010 na pewno do nich należy.
Na rodzimym podwórku, 2010 chyba bardziej mnie rozczarował niż zachwycił, ale definitywnym numerem jeden jest dla mnie Teielte i jego album Homeworkz. Dla mnie jest to płyta, która po włączeniu przenosi słuchacza w inny wymiar. Miałam okazję być na dwóch live act’ach w wykonaniu Pawła. Pierwszy – w Warszawie, już wywarł na mnie spore wrażenie, ale był słabym supportem muzycznym przed rap torpedą jaką jest Black Milk i ludzie obecni na sali chyba trochę nie ogarniali tego klimatu. Drugi – w Krakowie, przed setem Cloniousa w Łodzi Kaliskiej. Mimo całego uwielbienia dla Cloniousa, dla mnie bez wątpienia to Teielte powinien być „gwiazdą wieczoru”.
U Know Me, w którym wydano Homeworkz, w listopadzie wypuścił na rynek długo oczekiwaną produkcję Kixnare’a. Digital Garden to już nie tylko genialny album na skalę narodową, bo jak pisał Taivan, album odbił się pozytywnym echem na zachodzie i miejmy nadzieję, że Kixnare będzie kolejną osobą z którą będą kojarzyć nasz kraj. Dodatkowo doskonałe wydanie graficzne okładki Animisiewasza, i świetnie wytłoczony winyl, który jakością dźwięku [nawet przy odsłuchu na słabszym sprzęcie] przebija cd. Tym, którzy tak kręcą nosem na brak typowo hiphopowej produkcji ze strony Kixnare’a polecam otworzenie głów i poszerzenie muzycznych horyzontów, nie ważne w jakim gatunku Łukasz się prezentuje, bez dwóch zdań daje radę!
Zmieniając kategorię, z 2010roku na pewno zapamiętam filmową produkcję Banksy’ego Exit through the gift shop. Film podobał mi się bardzo, ale oprócz fabuły i mnóstwa informacji, które przyjmowałam z wypiekami na policzkach podobało mi się coś więcej. Chodzi o otoczkę związaną z jego premierą, przedpremierowe seanse w Warszawie i Łodzi, które nie polegały tylko na wpuszczeniu widzów na salę i włączeniu im filmu, ale były małymi eventami, które Ci, którzy mogli w nich uczestniczyć na pewno na długo zapamiętają. W końcu nie na każdym seansie filmowym możemy spotkać grafficiarzy lub obejrzeć multimedialne pokazy graffiti!
Zbyt wielu koncertów w minionym roku nie widziałam i nie byłam uczestnikiem, ale jestem bardzo zadowolona z warszawskiego występu Black Milka. Jak wiadomo, Powiększenie nie jest ogromne, a mimo wszelkich niedogodności nikt nie narzekał. Przez cały koncert nie było sposobu by stanąć i odpocząć. Czasem wyróżniamy w koncertach trzy etapy: początek czyli taką rozgrzewkę, środek będący torpedą i meritum koncertu, i zakończenie w którym artyści wyraźnie zwalniają.. na tym koncercie nie można było liczyć na tą trzyetapowość. Później, bez żadnego gwiazdorstwa i mimo braku sił, Black Milk, AB i Daru znaleźli czas na rozmowę z widownią, sprzedaż koszulek i podpisywanie płyt. No i mój osobisty sukces, czyli pałeczka od perkusisty — Daru Jones’a. Panie Maceo! Pokłony za organizację tego eventu!

Nie rozjeżdżając się po Polsce, wracam do Krakowa i tu na mój zachwyt bezapelacyjnie zasługuje postać Nawera. Przez cały 2010 rok razem z galerią Baraka organizował genialne wystawy artystów nie tylko z kraju,ale i tych spoza jego granic. Na pewno wielu osobom zapadnie w pamięć wernisaż Forina, na który wpadł O.S.T.R i zagrał spontaniczny koncert. Dzięki działalności Nawera i nie tylko, sztuka uliczna w dobrym, niezmienionym stylu wkracza na salony, ale na takie w których możesz pójść w bluzie i adidasach,a nie wypożyczonym garniturze od Armaniego.

Co do zachwytów nad działalnością graficzną Nawera na pewno warto wspomnieć o Nawer vs Temporary Space Design prezentowanym w krakowskim klubie Fabryka. Jestem przeszczęśliwa, że zdecydowali się na rozłożenie tego eventu na dwa dni, gdyż pierwszego nie mogłam się pojawić. Ogrom pracy jaki włożyli w efekt końcowy powinien zostać nagrodzony jakimś artystycznym odznaczeniem. Genialna współpraca dźwięku, światła i grafiki. Kto nie widział, może zobaczyć na poniższym filmiku, ale faktem jest, że nie oddaje on nawet setnej części tego jak wyglądało to na żywo. Wielu ludzi (w tym i ja ) z sali pokazowej wychodziło z szeroko otwartymi ustami.
Podsumowując, 2010 dostarczył mi wielu okazji to „zbierania szczęki z podłogi” ale liczę że 2011 dostarczy jeszcze więcej, np. nową płytą Cunnin Lunguists, 10” produkcją Daniela Drumza albo albumem Street Fonts! A to dopiero początek!














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny