Miami Vice kontra Vanilla Ice! — finały NBA

kbls, 31 maja 2011 w kategorii Sport

O finale NBA może­cie prze­czy­tać miliard publi­ka­cji, więc naprawdę ciężko wstrze­lić się z czymś ory­gi­nal­nym. Jeśli macie już dość ana­liz, czy Nowitzki będzie faj­niej­szy niż LBJ — zapraszam.

Miami Heat i Dal­las Mave­ricks — finał mimo wszystko zaska­ku­jący, bo… gdzie jest Kobe? Panie Bry­ant, czy to pań­ska wędka? Tak jest, pan Bry­ant jest na rybach, ale moment, gdzieś nam się zapo­dział Der­rick Rose. Ach tak, on też korzy­sta z uro­ków wiej­skiego życia, zresztą podob­nie jak geria­trycy z Bostonu, Super­man i jego pomoc­nicy z Orlando, Rzut O Tablicę Tima Dun­cana i reszta Spurs, a także wielu innych, któ­rzy ide­al­nie wpa­so­wy­wali się w plan pod­boju ligi. Na placu boju zostały dwa składy dia­me­tral­nie różne –budo­wany od wielu lat fol­wark eks­cen­trycz­nego Cubana i skle­cona za pomocą dwóch szyb­kich mach­nięć mistrzow­skiego pędzla ekipa All-Stars Heat. Fakt, obie dru­żyny spo­tkały się parę lat temu, ale wtedy w Miami Wade’a wspo­ma­gał O’Neal, a za kie­row­nicą sie­dział legen­darny Pat Riley. Teraz wszystko wygląda nieco ina­czej, a punk­tami con­stans pozo­stał wzbu­dza­jący mój strach Nie­miec Nowitzki oraz sza­lony Dwayne, który błysz­czy tym samym ośle­pia­ją­cym blaskiem.

Miami Vice vs Dallas

Ale nie o tym prze­cież chcia­łem mówić. Jako iż ostat­nie czary-mary z fusów zakoń­czyły się praw­dziwą tra­ge­dią i bez­li­to­snym obna­że­niem mojej nie­zna­jo­mo­ści kano­nów koszy­kówki, teraz posta­no­wi­łem spraw­dzić wynik rywa­li­za­cji w inny spo­sób. Oce­niamy styl, bo wia­domo, że bez­błędna sty­lówa jest abso­lut­nie koniecz­nym warun­kiem suk­cesu w każ­dej dzie­dzi­nie życia, od muzyki po sma­że­nie pomidorów.

Mecz numer jeden w serii czyli seriale! Oba mia­sta stały się gospo­da­rzami serii wręcz kul­to­wych, choć dia­me­tral­nie od sie­bie innych. Rico i Sonny, czyli Phi­lip Tho­mas i Don John­son, do tego jesz­cze nie­za­po­mniane hawaj­skie koszule i bez­tro­ski kli­mat Miami lat osiem­dzie­sią­tych. Pamię­ta­cie tą pla­sti­kową, tan­detną muzyczkę przy­gry­wa­jącą śmiga­ją­cym po czy­ściut­kich kana­łach moto­rów­kom? A te białe mary­narki błysz­czące bar­dziej niż mistrzow­skie pier­ście­nie na pal­cach Shaquille’a O’Neal’a? Miami Vice czyli swoj­scy Poli­cjanci z Miami na zawsze pozo­staną w mojej pamięci — obok Żaru w tro­pi­kach — sym­bo­lem nie­do­ści­gnio­nych marzeń o waka­cjach w praw­dzi­wie baj­ko­wych sce­ne­riach. Jasne, speł­ni­łem je wyjeż­dża­jąc do Ustki i Wła­dy­sła­wowa, ale jed­nak legen­darne Miami…

Z dru­giej strony mamy jed­nak cał­kiem moc­nego prze­ciw­nika w postaci serialu Dal­las. Rodzina Ewin­gów (nie wia­domo, czy Pat Ewing był dale­kim krew­nym) zaj­mu­jąca się naftą w tra­dy­cyj­nym tego słowa zna­cze­niu, czyli mło­dzi, piękni, sta­rzy, rów­nie piękni, bogaci… To był świat wyśniony, wiel­kie wille, duże pie­nią­dze, romanse, ele­ganc­kie kobiety… No dobra, mia­łem trzy lata, więc ele­ganc­kie kobiety można wykre­ślić, ale i tak — ten ame­ry­kań­ski prze­pych potra­fił namą­cić w nie­jed­nej gło­wie. Serial prze­gry­wał jed­nak w Pol­sce z kul­tową Dyna­stią wobec czego i kli­ma­tyczne Miami Vice musi bić go na głowę.

Zna­ko­mite pierw­sze spo­tka­nie i Miami obej­muje prowadzenie!

Ace Ven­tura vs Maverick

Okej, poje­cha­li­śmy fil­mowo, więc zosta­jemy w dzie­dzi­nie kine­ma­to­gra­fii. Stawka rośnie jed­nak z każ­dym meczem serii, dla­tego też na stół wjeż­dżają poważ­niej­sze flaszki — filmy peł­no­me­tra­żowe, a uści­śla­jąc — kome­die z gamo­nio­wa­tym głów­nym boha­te­rem, który osta­tecz­nie oka­zuje się być spryt­nym i pomy­sło­wym geniuszem.

Ace Ven­tura, psi detek­tyw w Miami zaj­mo­wał się wszyst­kim, co tylko mogło w jaki­kol­wiek spo­sób doty­czyć zwie­rząt. Jego spe­cjal­no­ścią, jak sama nazwa zawodu wska­zuje to poszu­ki­wa­nie zagi­nio­nych milu­siń­skich. Co prawda film odno­sił się bar­dziej do fut­bolu ame­ry­kań­skiego, bowiem oś fabuły two­rzyły poszu­ki­wa­nia del­fina, będą­cego maskotką tam­tej­szej dru­żyny Miami Dolphins, ale na potrzeby arty­kułu wysta­wiamy go w szranki z…

…czło­wie­kiem — legendą Dzi­kiego Zachodu. Bret Mave­rick, nie­za­wodny kar­ciarz, szu­ler, kobie­ciarz i kom­bi­na­tor pod­bił serca wszyst­kich ludzi z wiel­kich blo­ko­wisk, któ­rzy byli zbyt wątli by sza­cu­nek wywal­czyć pię­ściami i zbyt leniwi by zdo­być go intratną posadą. 68 kilo­gra­mów przy 176 cen­ty­me­trach i leni­stwie okre­śla­nym na 9,5 w dzie­się­cio­stop­nio­wej skali musia­łem podzi­wiać spryt Mave­ricka jak każde inne chu­chro na bałuc­kim osie­dlu blo­ko­wym. Jego sztuczki były mistrzowskie.

Dirk “Brzydki Nie­miec” Nowitzki i jego świta wyrównują!

Van den Bergh vs Gomez (?!)

Dave van den Bergh, pomoc­nik FC Dal­las dwu­krot­nie wystą­pił w repre­zen­ta­cji Holan­dii, zdo­był rów­nież mistrzo­stwo, dwa puchary i super­pu­char swo­jej Ojczy­zny. Jest praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nym gra­czem FC Dallas.

Chri­stian Gomez był z kolei trzy­krot­nie wybie­rany do naj­lep­szej jede­nastki ligi, a w 2006 roku został nawet jej MVP. Wygry­wał różne dziwne pił­kar­skie spędy w USA, ale ich nazwy nie są zro­zu­miałe dla prze­cięt­nego śmier­tel­nika. Gra z 10 w Miami FC.

Yyy… Dave van den Bergh brzmi odro­binę lepiej niż Chri­stian Gomez, z dru­giej strony Argen­tyń­czyk ma więk­sze suk­cesy w Ame­ryce… Po dogrywce 2:1 dla Miami!

Vanilla Ice vs… Vanilla Ice?

Dal­las rzu­ciło się do odra­bia­nia strat i na front ruszył jeden z naj­lep­szych (wła­ści­wie czy poza D.O.C. tam są jacyś dobrzy rape­rzy?) rape­rów z Dal­las, Vanilla Ice. Naprze­ciwko sta­nął jeden z rape­rów z Miami, ze sło­necz­nej Flo­rydy, Vanilla Ice! Tym któ­rym coś nie gra przy­po­mi­nam za pol­sko­ję­zyczną wiki­pe­dią, iż Vanilla Ice “uro­dził się 31. paź­dzier­nika 1967 roku w Miami Lakes na Flo­ry­dzie, lub według innych źródeł w Dal­las.” Ajs, ajs, bejbe…

Jako sekun­dan­tów wysta­wimy wspo­mnia­nego już D.O.C. z mia­sta Mave­rick­sów oraz Rick Rossa, zwa­nego w nie­któ­rych krę­gach kapi­ta­nem Ric­kiem Ros­sem. Co prawda ten drugi ma kawa­łek odda­jący całego ducha gry Dwyane’a Wade’a czyli Spe­edin’, ale ten pierw­szy jest cho­dzącą legendą. 2:2!

Texas Ran­ger vs Bur­ger King

Co ma Miami, czego zazdro­ści im cała Ame­ryka? LeBron i Wade się nie liczą, liczy się Bur­ger King! Sie­ciówka z kana­pecz­kami po któ­rych w mig zła­piesz posturę i mobil­ność Glena Davisa swój pierw­szy lokal otwo­rzyła wła­śnie na Flo­ry­dzie! Who­oper, droga kolawka, zachły­śnię­cie się kon­ku­ren­cją ze strony Mac­cyD. Legenda, pano­wie, legenda.

Z dru­giej strony staje jed­nak on, rudo­włosy anioł zemsty, stróż porządku z las­sem i kape­lu­szem kow­boj­skim. Kop­niak z pół­ob­rotu, dow­cipy bez sensu, hit inter­netu… Chuck Nor­ris. Texas Ran­ger. Dirk, nie jesteś sam. Choć tak patrząc obiek­tyw­nie — dru­żyna Texas Ran­gers z Arling­ton, która na co dzień zaj­muje się baseball’em nigdy nie wygrała World Series. Dobrze to nie wróży.

Póki co jed­nak 3:2 wygrywa Dal­las i jest o krok od Pierścienia!

Mike Modano vs Tony Montana

Myślę Dal­las — widzę Mike’a Modano. Legen­darny, abso­lut­nie kul­towy i prze­naj­świet­niej­szy hoke­ista to dla mnie naj­więk­sza wizy­tówka mia­sta. Sie­dem­na­ście lat w bar­wach Dal­las Stars, pół­tora tysiąca meczów, 1400 punk­tów. Amba­sa­dor dość silny, lecz jego rywa­lem jest…

Tony “Scar­face” Mon­tana. Miami miało wielu róż­nych bos­sów, wiele osób ubie­gało się o sta­no­wi­sko naj­więk­szego z wiel­kich. Zdo­był je nie kto inny jak on, skromny chło­pa­szek z Kuby, czy innego Podlasia.Szczebelek po szcze­belku, kro­czek po kroczku wspi­nał się po życio­wej dra­bi­nie, by zresztą u samego szczytu z hukiem spaść w dół. Sym­bol pyska­tej, nie­zna­ją­cej pokory ambi­cji, sym­bol walki o swoje, walki o kasę, wła­dzę i seks, sym­bol szyb­kiego wzlotu i bole­snego upadku. Jeśli jest drugi tak tra­giczny boha­ter, tak bole­sny i wzbu­dza­jący sym­pa­tię mimo bru­tal­nego i cho­rego zacho­wa­nia to i tak gra go Al Pacino, a jest nim Car­lito albo Mike Corleone.

Modano wypchnięto siłą z Dal­las i musiał ciu­łać się po Detroit. Scar­face z kolei miał zostać wyrzu­cony przy oka­zji pre­miery płyty Pjusa (“jeśli masz na ścia­nie pla­kat ze Scar­fa­cem, wyrzuć go, zrób na moje zdję­cie miej­sce”). Obaj na szczy­cie w swo­ich mia­stach, obaj mocno zdez­ak­tu­ali­zo­wani w nowo­cze­snym świe­cie, gdzie war­to­ści któ­rym hoł­do­wali nie mają już… war­to­ści. Mimo wszystko Tony Mon­tana to jedna z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych postaci fil­mo­wych. Miami wyrów­nuje serię i mamy 3:3!

Decy­du­jące słowo

Kto wygra mecz numer sie­dem i zdo­bę­dzie Mistrzo­stwo Świata czyli upra­gniony pier­ścio­nek? Teraz możemy spoj­rzeć bar­dziej poważ­nym okiem, choć tak naprawdę czy będziemy porów­ny­wać posta­cie fil­mowe, czy też składy obu dru­żyn — praw­do­po­do­bień­stwo tra­fie­nia wyniku jest podobne. W takich momen­tach decy­dują bowiem ułamki sekund, poje­dyn­cze decy­zje, czę­sto zwy­czajny fart, dys­po­zy­cja dnia, a nawet reak­cja publicz­no­ści na dany rzut oso­bi­sty. Suche fakty — brak­nie Butlera w eki­pie Dal­las. Miami ma prze­wagę par­kietu. Miami ma Wade’a, Jamesa i Bosha. Dal­las ma lep­szą ławkę. Miami ma w dru­ży­nie sporo ura­zów. Dal­las rzuca świet­nie z półdystansu…

W mojej śred­nio pro­fe­sjo­nal­nej opi­nii wszystko wska­zuje ide­al­nie na remis. Tak jak wspo­mi­na­łem zade­cy­dują praw­dziwe detale. Wielki spraw­dzian dla Big 3 z Miami, oka­zja do rewanżu za finał sprzed 5 lat dla Dirka Nowitz­kiego, nadzieja na pierw­szy tytuł dla LBJ. Jedno jest pewne — będzie gorę­cej niż na pla­nie Miami Vice…

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - kbls

Tyrmand opisał go w powieści Zły: Reporter iskra. Reporter widmo. Człowiek, dla którego nie ma drzwi zamkniętych. Dziennikarz, u którego w lewej kieszeni spodni bije puls Łodzi. Oczy i uszy Miasta Włókniarzy. Jednym słowem: Kubuś. Zawsze tam, gdzie mieszka sport, dobra muzyka i klimat jego ukochanych Bałut.

Podobne artykuły

  • Jesteśmy na Pinterest.com
  • Raz, dwa, trzy, hejterem jesteś ty!
  • Pewnym krokiem po niepewnym tropie…
  • Pariasi na trybunach
  • W grudniu nie prześpij — poleca Jan Wyga

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny