W 1989 r. wybitny amerykański politolog Francis Fukuyama sformułował teorię końca historii. Zakładała ona, że po upadku Związku Sowieckiego i ekspansji liberalnej demokracji historia miałaby się skończyć. Politolog nie przewidział jednego – jego założenie może się sprawdzić na zupełnie innym gruncie. Rynkowy porządek gospodarczy do spółki z wspomnianą wcześniej demokracją miały zapewnić państwom spokój przez co historyczny postęp miał stanąć w miejscu i już nigdy nie ruszyć.
Teoria Fukuyamy spotkała się z dużą krytyką, a w tej chwili można się pokusić o stwierdzenie, żezupełnie się nie sprawdziła. Politolog nie przewidział jednego – jego założenie może się sprawdzić nazupełnie innym gruncie. A mianowicie na gruncie najlepszej koszykarskiej ligi świata – NBA. Jak to? Historia NBA ma się skończyć? Ano tak. Nie wróżę jednak, że przez trwający obecnie lock out, albo kryzys gospodarczy liga ma upaść. Jednakże można zaobserwować koniec pewnej ery. Ery ludzi.
Coś więcej niż Decyzja
Każda profesjonalnie wysnuta teoria, oprócz tego, ze jest wyjaśniona na zasadzie obecnie panujących warunków, posiada również pewien rys historyczny, genezę. Moja teoria również taką genezę posiada. Nie będziemy się jednak rozwlekać na nie wiadomo jaki okres czasu. Wystarczy nam cofnąć się 8 lat wstecz. Mamy rok 2003. Dokładniej 26 czerwca. Tego dnia w hali Madison Square Garden odbył się jeden z najmocniejszych (o ile nie najmocniejszy) draftów do ligi NBA. W jego wyniku do NBA trafili koszykarze tacy jak LeBron James, Melo Anthony, Dwyane Wade, Chris Bosch, Chris Kaman czy David West. Obecnie absolutne gwiazdy NBA. No i w perspektywie kilku następnych lat absolutni dominatorzy. Perfekcyjne maszyny do grania w koszykówkę. W następnych draftach grono maszyn jeszcze się powiększyło. Chris Paul, Deron Wiliams, Dwight Howard czy dwie perełki ostatnich dwóch draftów — Blake Griffin i John Wall. Oni wszyscy ludźmi nie są.
By jeszcze mocniej zarysować genezę mojej teorii musimy się jeszcze na chwilkę cofnąć do lata 2010. Wtedy to mieliśmy do czynienia ze słyną Decyzją. Melodramatem (choć to określenie zostało później przypisane do humorów Carmelo Anthony’ego to do teatrzyku Jamesa pasuje również wyśmienicie), który rozegrał się za pomocą mediów. Tasiemcem, który zakończył się powstaniem armii robotów, znanej nam jako Miami Heat. Zapomnijcie o Big 3 z Bostonu. Przestańcie kochać Lakersów. Skończcie z zachwytami na temat San Antonio. Miami Heat wezmą wszystko.
Ja, robot
Sezon 2010/2011 był ostatnim sezonem, w którym ludzie mieli coś do powiedzenia. Finały NBA zakończyły się zwycięstwem Dallas Mavericks. Mavs mieli to szczęście, że Heat jeszcze nie do końca się ze sobą zgrali. Po prostu ich główny programista, Eric Spolestra, nie stworzył perfekcyjnego algorytmu na początku sezonu i musiał w jego trakcie dopisywać kolejne linijki. Kiedy już wpadł na to jak powiązać ze sobą wszystkie części jego systemu, było za późno. Drużyna z Dallas była w gazie. Ostatni raz w swej historii trzeba dodać.
Obecnie w NBA mamy lock out. Zawodnicy nie trenują, hale stoją puste, nie ma obozów przygotowawczych, każdy musi radzić sobie sam. Poza tym, nie wiadomo czy przymusowa przerwa nie doprowadzi do odwołania całych rozgrywek w sezonie 2011/2012. Takasytuacja nie jest dobra dla ludzi. Każdy kolejny rok powoduje u nich co raz większe problemy. Nikt nie młodnieje, wszyscy się starzeją. Ale te maszyny jakby mniej. Dla takich zawodników jak Jason Kidd,Steve Nash, Kobe Bryant, Tim Duncan czy Dirk Nowitzki ten lockout to najgorsza rzecz jaka mogła się zdarzyć. Późniejszy powrót do treningów to powrót zawodników starszych, cięższych, bardziej podatnych na kontuzje. A dla niektórych to w ogóle brak powrotu. Z kolei James, Wade, Griffin lub Williams wrócą jeszcze silniejsi.
To nie jest kraj dla ludzi
Będziemy tęsknić za ludźmi. Ale dla nich już w NBA miejsca nie ma. Czy wyobrażacie sobie Muggsy’ego Boguesa grającego 1 na 1 Rajonem Rondo? Albo Manute Bolla przepychającego się pod koszem z Dwightem Howardem? Nawet obecni zawodnicy NBA wypadają blado na tle gwiazd przyszłości. Kto jeszcze znajdzie miejsce dla sympatycznego Niemca, Dirka Nowitzkiego, z koślawym rzutem i fryzurą a’la The Beatles? Gdzie w tej lidze ma się odnaleźć Shawn Marion, świetny obrońca z rzutem typowym dla 7 latka? Jak dalej może biegać po parkietach znany z niebanalnego trash-talku i psychicznego łamania rywali Kevin Garnett? Dziś liczy się tylko szybciej, wyżej, mocniej. Zero psychiki, zero wahania, zero kontuzji. Wszystko musi być na poziomie nanotechnologii. Patrząc na obecnych graczy poniżej 30 roku życia widzimy tylko i wyłącznie perfekcyjnych atletów. Niektórzy z nich mają ludzkie cechy jak pajacowanie Dwighta Howarda, czy gwiazdorska chimerycznosć Jamesa i Anthony’ego. Ale na parkiecie tego nie widać. Tam są po prostu cyborgami. A z roku na rok cyborgów przybywa.
Niektórzy tej rywalizacji ludzie kontra maszyny nie wytrzymali. Nie zobaczymy już na parkietach NBA Shaquille’a O’Neala, czy Rasheeda Wallece’a. Niektórzy zbyt ludzcy do NBA powrotu nie mają (Allen Iverson), a niektórzy wybrali ligi gdzie homo sapiens jeszcze nie są w odwrocie (Stephon Murbary w Chinach czy Juan Carlos Navarro w Hiszpanii). A ci ludzie, którzy zostali w maszynowej Ameryce zbyt długo nie pograją. Oczywiście mogę nie mieć racji i maszyny mogą zawieść, mogą się zepsuć, mogą też okazać się jednak ludźmi. Ale na tę chwilę NBA to miejsce gdzie spełnia się najczarniejszy scenariusz z filmów SF. Historia się kończy, ostatni ludzie walczą o przetrwanie, a maszyny przejęły władzę nad światem.














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny