Jak przegonić Cię, Mesie? — recenzja płyty “Kandydaci na szaleńców”

kbls, 15 czerwca 2011 w kategorii Muzyka

Mes nie wydał płyty w “zero dzie­sięć” z obawy przed tym, że nie zdoła prze­bić swo­jego Zama­chu na prze­cięt­ność — sam podzie­lił się tymi roz­ter­kami z słu­cha­czami w kawałku 2010. Odcze­kał więc rok, nagrał milion feat’ów, roz­krę­cił wydaw­nic­two Alkopoligamia.com i… defi­ni­tyw­nie prze­bił ostatni album.

Mes nigdy nie stro­nił od muzycz­nych eks­pe­ry­men­tów, uży­wek, pięk­nych kobiet i mor­der­czych bitów. Od zawsze hedo­ni­styczny, pro­pa­gu­jący mizo­gi­nizm sto­so­wany wobec panien, co naoglą­dały się za dużo MTV, pijący na umór, lub rżnący kolejne kobiety, tym razem płytę skon­stru­ował nieco ina­czej. Pio­trek poka­zuje nam i daje do zro­zu­mie­nia, że żywot hoł­du­ją­cego zasa­dzie “carpe diem!” arty­sty, nie jest wcale usłany różami, a wręcz prze­ciw­nie — kryje mroczne sekrety i tabu. Tajem­nice, które naj­pierw się igno­ruje, potem prze­mil­cza, by wresz­cie sta­nąć z nimi oko w oko, pod­czas poje­dynku na śmierć i życie. Oczy­wi­ście nie bra­kuje też lżej­szych kawał­ków przy­po­mi­na­ją­cych o tym, że mimo tru­dów i puła­pek, które czają się na chcą­cego żyć według wła­snych zasad muzyka, Mes nie mógłby wybrać żadnej innej. Ostat­nimi moty­wem prze­wod­nim są z kolei auto­bio­gra­ficzne zwie­rze­nia z pogra­ni­cza pamięt­nika i kro­niki, zgrab­nie zawarte w prze­strzeni miej­skiej uko­cha­nej Warszawy.

Być sam, czy być singlem…

Trac­kli­sta jest solid­nie prze­mie­szana, a kawałki, które teo­re­tycz­nie można sko­ja­rzyć w pewne bloki tema­tyczne czy muzyczne są roz­siane na obu pły­tach zupeł­nie przy­pad­kowo, bez więk­szego ładu i składu. Punk­tem odnie­sie­nia jest tylko Otwar­cieZamknię­cie, lecz poza tymi bra­mami do świata Mesa, słu­chacz musi szu­kać nieco po omacku. Takiego pozor­nego braku spój­no­ści można się było jed­nak spo­dzie­wać już po dość zaska­ku­ją­cych zapo­wie­dziach Kan­dy­da­tów na sza­leń­ców — zapo­wie­dziach na tyle nęcą­cych, że prze­syłka z War­szawy w wieży Tech­nicsa zagrała jakieś trzy­dzie­ści sekund po dostar­cze­niu jej do bałuc­kiego miesz­ka­nia przez sym­pa­tycz­nego kuriera. Miesz­ka­nie… Happy Home? Nie dla każdego.

Jak było do tej pory z Mesem? Pio­trek pod­ry­wał dziew­czyny i świet­nie bawił się w takt ryt­micz­nie stu­ka­ją­cych o dębowy blat szkla­nek, kie­lisz­ków i bute­lek. Tym razem jed­nak blask klu­bo­wych stro­bo­sko­pów zastę­puje nikłe świa­tło lampki przy biurku, czy nawet migo­cząca za oknem latar­nia do cia­snego miesz­ka­nia wrzu­ca­jąca raczej wkur­wia­jącą grę świa­tło­cieni, ani­żeli poma­rań­czowe cie­pło elek­trycz­nego oświe­tle­nia. Toa­sty wykrzy­ki­wane przez liczne grono fanów opar­tych o zmę­czone ramiona roze­śmia­nego rapera zostają nagle wyparte przez cyniczny i tak do bólu gorzki gry­mas skrzy­wie­nia do lustra po kolej­nej roz­mon­to­wa­nej z wła­snym odbi­ciem flaszce. Te piękne dziew­czyny są już tylko wspo­mnie­niem. Zostaje wybór — być sam czy być sin­glem? Zaczy­nam oma­wia­nie płyty od tej wła­śnie czę­ści zupeł­nie nie­przy­pad­kowo — mroczna strona hedo­ni­stycz­nego życia to bowiem coś, czego w naszym rodzi­mym rapie nie ma zbyt wiele, a już na pewno nie na tak mistrzow­skim pozio­mie. Jakąż siłę prze­bi­cia ma ten as, skoro przy jego dźwię­kach nawet dusze towa­rzy­stwa takie jak ja czują się prze­raź­li­wie samotne?

Zaczyna się nie­win­nie, to zna­czy od kawałka tytu­ło­wego, gdzie Mes i The­odor pokrótce przed­sta­wiają warunki bytowe typo­wego kan­dy­data na sza­leńca. No bo jak nie zwa­rio­wać sie­dząc samemu pośród czte­rech pustych ścian? Track działa jed­nak tym moc­niej, iż nie jest zwy­czajną skargą na nie­spra­wie­dliwy los zsy­ła­jący na przy­szłych waria­tów klę­skę i plagę abso­lut­nej samot­no­ści, ale gło­sem osoby ze swoim par­szy­wym losem kom­plet­nie pogo­dzo­nym. Jesz­cze mrocz­niej robi się, gdy w uszy ude­rza pogrze­bowy bas z Naucz mnie cze­goś. Co prawda nar­ra­cja nie wska­zuje na tra­gizm sytu­acji, lecz mię­dzy sło­wami Mes daje do zro­zu­mie­nia, że prośba o bodźce od dru­giego czło­wieka jest wyjąt­kowo roz­pacz­li­wym wezwa­niem. To jed­nak dopiero pre­lu­dium do jedy­nego kawałka na pły­cie, gdzie nie usły­szymy pana Szmidta. Druga strona to bowiem jeden z naj­bar­dziej przej­mu­ją­cych utwo­rów w całej histo­rii pol­skiego rapu — dys­ku­sja ze śmier­cią pół­ży­wego Mesa, który nie mówi prze­cież nawet słowa, a jedy­nie wysłu­chuje prze­stróg Pjusa oraz błysz­czą­cych namów K8. Nie bez powodu Piotrka przed kuszącą Kostu­chą ratuje wła­śnie Scar­head Nowa­kow­ski — ten, który w swo­jej bata­lii o zdro­wie z powyż­szą deli­kwentką sto­czył nie­jedną walkę. Roz­wa­ża­nia samo­bójcy i wewnętrzne głosy odwo­dzące / zachę­ca­jące do reali­za­cji swo­jego pro­jektu auto­za­głady? A może bła­ga­nia naj­lep­szego przy­ja­ciela, by Mes nie dał się zabrać “tam, skąd nie ma powrotu”? Wie­lo­znacz­ność, emo­cje, napię­cie — aż trudno uwie­rzyć, że tak pro­sty muzycz­nie, mówiony track two­rzy takie spu­sto­sze­nie w gło­wach słu­cha­czy… Nie ina­czej jest zresztą z Happy Home, w któ­rym czło­nek legen­dar­nego sło­necz­nego 2cztery7 przy­znaje, że jedyne co ma to wachlarz szcze­rych histo­rii goto­wych do opi­sa­nia oraz pro­sty wybór — być sam, czy być sin­glem? Roz­li­cze­nie ze swoim domem, domem opusz­czo­nego przez wszyst­kich arty­sty, który szcze­gól­nie wesoły wcale nie jest, zamyka pierw­szą ważną część albumu — tą zwią­zaną z samotnością…

WWA — Twój oddany facet, nie zako­chany głupiec

Ory­gi­nal­ność i nowa­tor­skie podej­ście Mesa obja­wia się naprawdę na wielu polach, poczy­na­jąc od nie­sza­blo­no­wego wize­runku sce­nicz­nego, a koń­cząc na impre­zie pro­mo­cyj­nej, gdzie rolę sceny odgry­wała naczepa cię­ża­rówki. Wia­domo, że rap to muzyka mia­sta, sami rape­rzy to zaś jego wykrzyk­niki, lecz uliczni poeci czę­sto­kroć myl­nie inter­pre­tują swoje miano, uzna­jąc je za zobo­wią­za­nie do wspo­mnie­nia na pły­cie, które z osie­dli kochają naj­bar­dziej oraz do któ­rego mia­sta wszy­scy muszą koniecz­nie przy­je­chać. Mes jak zwy­kle patrzy ina­czej i sze­rzej, a mia­sto jest dla niego jedy­nie tłem do głę­bo­kich prze­my­śleń i przed­sta­wia­nia auto­bio­gra­ficz­nych histo­rii. Od ultra-ekshibicjonistycznej histo­rii życia z wybo­rów, czę­sto złych, życia cho­rego, aż po zamy­ka­jący i przy­po­mi­na­jący zbaw­cze kathar­sis para­gon wień­czący trans­ak­cję uczuć prze­pro­wa­dzaną z ojcem i uko­cha­nym mia­stem Mes ser­wuje wpisy z pamięt­nika tak praw­dziwe, szczere i auten­tyczne, że aż zadzi­wia­jące, iż w ogóle ujrzały świa­tło dzienne. Epi­zody, które zazwy­czaj nie opusz­czają zeszy­tów ski­tra­nych w naj­głęb­szych zaka­mar­kach mebli biu­ro­wych tym razem ude­rzają w nas z mocą zdwo­joną powe­rem pły­ną­cym z każ­dego kolej­nego bitu. Opo­wieść o swoim życiu umiesz­czona jest zaś w kon­kret­nej prze­strzeni — prze­strzeni tak peł­nej wad, a jed­no­cze­śnie tak pięk­nej, prze­strzeni współ­cze­snej Warszawy.

Mes nie jest wcale naiw­nia­kiem zapa­trzo­nym w beto­nowe lasy war­szaw­skich osie­dli. Swoje uczu­cie do mia­sta, a w szer­szej per­spek­ty­wie także kraju podaje nam na tacy w kawałku Tam gdzie chcę. Jasne, Rio, Tokyo, to tam byłoby naj­pięk­niej, ale prze­cież to tutaj, pośród prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wa­nej kasty “mło­dych, wykształ­co­nych, z więk­szych ośrod­ków”, pośród alu­mi­nium i szkła, pośród sta­rych bab z budek warzyw­nych toczy się histo­ria kan­dy­data na sza­leńca z Gór­nego Moko­towa. Pio­trek nie ucieka od rze­tel­nej oceny War­szawy chęt­nie odsła­nia­jąc jej para­doksy, gdzie­nie­gdzie zaha­cza zaku­pioną w “lum­pek­sie” mary­narką o lud­ność wiej­ską szu­ka­jącą swego kącika w sto­licy, w innym kawałku kape­lusz spada mu od moc­niej­szego podmu­chu wymu­ska­nej nowo­cze­sno­ści, czy pew­no­ści sie­bie pięk­nych kobiet z wiel­ko­miej­skiej dżun­gli. Cały czas nie spusz­cza oka z całego wachla­rza war­szaw­sko­ści, ale jed­no­cze­śnie — dostrze­ga­jąc w tej moza­ice ele­menty godne naj­wy­żej pogardy — wciąż pozo­staje jej naj­wier­niej­szym fanem. Ludzie w jego mie­ście wal­czą z żywio­łem, mie­rzą się wzro­kiem, cza­sem zatrza­skują drzwi klatki przed żebrzą­cym bez­dom­nym — każ­demu ich dzia­ła­niu towa­rzy­szy zaś czujny obser­wa­tor spod znaku Alko­po­li­ga­mii. War­sza­wiak, świa­domy wad, dumny z zalet.

Daj punk rock, south, nawet kurwa daj drumy!

Jako się rze­kło, Mes­ser­sch­mitt do sza­blo­no­wych twór­ców nie należy, co poka­zy­wał zresztą już jadąc na lawe­cie, czy rzu­ca­jąc kośćmi z Nume­rem Razem. Mówiąc o rape­rach błysz­czą­cych prze­ła­my­wa­niem sche­ma­tów, zazwy­czaj myślimy jed­nak o koza­kach, któ­rzy potra­fią nawi­nąć pod szybki i wolny bit, a cza­sem jesz­cze udaje im się zara­po­wać pod West Coast, gdy na co dzień męczą tru­skul. Dla­tego Mesa pochwa­lić trzeba tym bar­dziej — spek­trum rapo­wych nur­tów od g-funku, przez south, aż po surowy hołd Zło­tej Erze zostało wyczer­pane już na featach oraz poprzed­nich pły­tach. Na poprzed­nim Zama­chu na prze­cięt­ność arty­sta wycho­wany w śród­miej­skim gali­ma­tia­sie posta­no­wił wywę­dro­wać daleko poza ramy obej­mu­jące sze­roko pojęty rap i prze­jął scenę oi. Teraz nato­miast wraca, by roz­kur­wić grime, dra­mend­bejsy oraz punk. Co wię­cej, styl w jakim to czyni, może wpra­wić w zakło­po­ta­nie nawet naj­bar­dziej wytraw­nych woka­li­stów (woka­li­stów?!) sceny klu­bo­wej. Adam Peter, twórca bitów do naj­bar­dziej odje­cha­nych kawał­ków z płyty czyli Szu­kam… oraz Zanim znaj­dziemy roz­bił w pył i roz­gniótł na mia­zgę więk­szość mózgo­je­bów spod znaku umcy umcy two­rząc bity, które z łatwo­ścią mogłyby śmigać na dys­ko­te­kach jako instru­men­tale i ludzie na par­kie­cie patrzy­liby po sobie z roz­ba­wio­nym zadzi­wie­niem — Ty, dobre to to. Mes? Mes z kolei zwy­czaj­nie spro­stał wyzwa­niu jakie rzu­cił do lustra w 2010 — daj punk rock, south, nawet kurwa daj drumy — daj, a ja już będę wie­dział co z tym zro­bić. I jak koń­czą ory­gi­nalne bity.

W war­stwie tema­tycz­nej eks­pe­ry­menty muzyczne spod znaku kolo­ro­wych stro­bo­sko­pów i dud­nią­cych bas­sów nie róż­nią się zanadto od reszty płyty. Także oi’owo-punkowo-rockowy Zegar Tyka jest wykrzy­czaną histo­rią leżącą na gra­nicy trzech głów­nych moty­wów płyty czyli auto­bio­gra­fii, wer­te­row­skiego bólu ist­nie­nia samot­nego arty­sty oraz suro­wego spoj­rze­nia na współ­cze­sność. Pra­gnę jed­nak wyróż­nić tu naj­lep­sze szes­na­ście sekund w dzie­jach koope­ra­cji rap — rock. Refren, odsta­jący od zwro­tek o trzy­dzie­ści osiem lat świetl­nych to bowiem w moim mnie­ma­niu arcy­dzieło zesłane przez jakąś tajem­ni­czą muzę peł­nej poweru i znie­cier­pli­wie­nia bez­czyn­no­ści. Swoją drogą, cie­kawe jak można by nazwać muzę Peł­nej Poweru i Znie­cier­pli­wie­nia Bez­czyn­no­ści. Wra­ca­jąc jed­nak do krę­tej drogi eks­pe­ry­mentu muzycz­nego, jaką od dawna kro­czy Pio­trek Szmidt, nie spo­sób nie wspo­mnieć o kawał­kach bar­dziej zbli­żo­nych do rapu, a jed­nak zawie­ra­ją­cych w sobie nie­spo­ty­kaną świe­żość. Mowa tu przede wszyst­kim o Z tym co w sobie mam, gdzie rado­sny akom­pa­nia­ment kop­snięty przez Ste­reo­typy przy­wo­dzi mi na myśl jakieś Maleo Reg­gae Roc­kers albo inne Samo­khin Band. Laj­towo, pięk­nie, sło­necz­nie — kto by pomy­ślał, że to ten sam czło­wiek, który przed chwilą wal­czył z pokusą przej­ścia na drugą stronę, który przed chwilą pił cie­płą wódkę ze swoim lustrza­nym odbi­ciem? Teraz te mroczne obrazy zastę­puje zie­lony park rodem z baj­ko­wych opo­wia­stek o Mag­dzie M. — co wię­cej, to nie kry­tyka, ale pochwała! Czyż bowiem nie przy­jem­niej trawę i staw obser­wo­wać z Mesem, ani­żeli z wywo­żoną war­szaw­ską finan­sjerą znaną z seriali i ckli­wych kome­dii roman­tycz­nych? Ja tam dzwo­nię po kole­gów — idziemy do parku!

Mój świat pełen barw

A gdy już tam doj­dziemy, zasta­niemy Mesa w samym cen­trum leniwo-letniej sce­no­gra­fii wyra­ża­nej kolej­nymi dźwię­kami roz­ło­żo­nymi na leża­kach i hama­kach z drin­kami w dłoni. Mój świat, Zalew, L.O.V.E. — nasz kan­dy­dat wresz­cie poka­zuje swoją jasną stronę, choć nie ozna­cza to natu­ral­nie bez­re­flek­syj­nego wysta­wia­nia ryja do słońca. Tak jak mia­sto jest tłem dla auto­bio­gra­fii, tak sło­neczna atmos­fera sprzyja prze­ka­zy­wa­niu swo­jego ory­gi­nal­nego świa­to­po­glądu — Mes bez więk­szych pro­ble­mów łączy kli­mat leni­wego popo­łu­dnia z prze­my­śle­niami na temat edu­ka­cji, czy roli samo­speł­nie­nia w życiu czło­wieka. Swo­bodne, bez prze­sad­nego mora­li­zo­wa­nia czy poucza­nia, a jed­no­cze­śnie pełne emo­cji i pasji wersy o… życiu po pro­stu zapa­ko­wane są w sło­neczną i błysz­czącą sko­rupkę z Miami czy Los Ange­les, dającą odpo­wiedni nastrój do luź­nej wymiany poglą­dów. Front­man (Pjus i Stejzi chyba nie obrażą się za takie sfor­mu­ło­wa­nie) grupy 2cztery7 na tej czę­ści płyty daje także pokaz umie­jęt­no­ści wokal­nych — nie­obce są mu zarówno pod­śpiewki pod nosem w stylu Justina Timberlake’a (cho­lera tak! zabij­cie mnie, ale tak!), jak i wzno­sze­nie się na poziomy dostępne tylko dla praw­dzi­wych pim­pów (Pimp C oraz rodzi­mego P.I.M.P.).

Warto wspo­mnieć także o spo­rym poczu­ciu humoru, który w tej czę­ści płyty daje o sobie naj­moc­niej znać. Szcze­gól­nie ujął mnie wers koń­czący Zalew oraz mono­log z Mie­rzymy się wzro­kiem. Bez trudu da się jed­nak wyczuć także i inne smaczki, w dużym stop­niu auto­iro­niczne sta­no­wiące zresztą celne i mocne odbi­cie piłeczki kry­ty­kan­tów suge­ru­ją­cych nar­cyzm i ego­cen­tryzm Mesa. Zresztą, zostawmy go już w spo­koju, niech wpi­sze litery P i O w swoim firefox’ie zagłę­bia­jąc się w swój świat — cza­sem śmieszny, cza­sem prze­ra­ża­jący i przy­gnę­bia­jący, ale zawsze cie­kawy i pochłaniający.

Znik­nie w nas już tylko gaz

Jaki jest więc ten nowy Mes? Cóż, przede wszyst­kim wkręca się jak mało która płyta w tym roku. To nie są pio­se­neczki przy któ­rych tre­nu­jesz mię­śnie karku, czy kawałki, po któ­rych w myślach chwa­lisz tech­niczną dosko­na­łość. Pio­trek daje nam przede wszyst­kim olbrzy­mią golonkę uczuć i bez­kom­pro­mi­so­wych wyrzu­tów z głębi serca, pie­czoną w gorz­kim sosie samot­nych nocy, pod­le­waną słod­kim (ale nie mdłym!) piwem popo­łu­dnio­wych prze­my­śleń, podaną na tacy w ukry­tej w śród­miej­skiej bra­mie kawiarni, albo pod­rzęd­nym pubie na jed­nym z mrocz­nych osie­dli. Kucharz dźwięku nie stroni od eks­pe­ry­mentu, ale jed­no­cze­śnie balan­suje skład­niki tak, że nie odczu­wamy kon­fu­zji w żołądku jak po nie­straw­nym gali­ma­tia­sie Ty Prze­cież Wiesz Czego, czy innej emo­cjo­nal­nej pły­cie pokroju Peze­to­wego emo-rapu, jak okre­ślili go kry­tycy. Mesie, jak Cię przegonić?!

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - kbls

Tyrmand opisał go w powieści Zły: Reporter iskra. Reporter widmo. Człowiek, dla którego nie ma drzwi zamkniętych. Dziennikarz, u którego w lewej kieszeni spodni bije puls Łodzi. Oczy i uszy Miasta Włókniarzy. Jednym słowem: Kubuś. Zawsze tam, gdzie mieszka sport, dobra muzyka i klimat jego ukochanych Bałut.

Podobne artykuły

  • Recenzja debiutanckiego albumu Right?
  • Relacja z Adidas Originals Rock The Floor
  • Classic Albums by Classic Artists
  • Wszystkie szóstki i siódemki — parę słów o Tech N9ne.
  • Bumpy Knuckles i Statik Selektah razem

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny