Mes nie wydał płyty w “zero dziesięć” z obawy przed tym, że nie zdoła przebić swojego Zamachu na przeciętność — sam podzielił się tymi rozterkami z słuchaczami w kawałku 2010. Odczekał więc rok, nagrał milion feat’ów, rozkręcił wydawnictwo Alkopoligamia.com i… definitywnie przebił ostatni album.
Mes nigdy nie stronił od muzycznych eksperymentów, używek, pięknych kobiet i morderczych bitów. Od zawsze hedonistyczny, propagujący mizoginizm stosowany wobec panien, co naoglądały się za dużo MTV, pijący na umór, lub rżnący kolejne kobiety, tym razem płytę skonstruował nieco inaczej. Piotrek pokazuje nam i daje do zrozumienia, że żywot hołdującego zasadzie “carpe diem!” artysty, nie jest wcale usłany różami, a wręcz przeciwnie — kryje mroczne sekrety i tabu. Tajemnice, które najpierw się ignoruje, potem przemilcza, by wreszcie stanąć z nimi oko w oko, podczas pojedynku na śmierć i życie. Oczywiście nie brakuje też lżejszych kawałków przypominających o tym, że mimo trudów i pułapek, które czają się na chcącego żyć według własnych zasad muzyka, Mes nie mógłby wybrać żadnej innej. Ostatnimi motywem przewodnim są z kolei autobiograficzne zwierzenia z pogranicza pamiętnika i kroniki, zgrabnie zawarte w przestrzeni miejskiej ukochanej Warszawy.
Być sam, czy być singlem…
Tracklista jest solidnie przemieszana, a kawałki, które teoretycznie można skojarzyć w pewne bloki tematyczne czy muzyczne są rozsiane na obu płytach zupełnie przypadkowo, bez większego ładu i składu. Punktem odniesienia jest tylko Otwarcie i Zamknięcie, lecz poza tymi bramami do świata Mesa, słuchacz musi szukać nieco po omacku. Takiego pozornego braku spójności można się było jednak spodziewać już po dość zaskakujących zapowiedziach Kandydatów na szaleńców — zapowiedziach na tyle nęcących, że przesyłka z Warszawy w wieży Technicsa zagrała jakieś trzydzieści sekund po dostarczeniu jej do bałuckiego mieszkania przez sympatycznego kuriera. Mieszkanie… Happy Home? Nie dla każdego.
Jak było do tej pory z Mesem? Piotrek podrywał dziewczyny i świetnie bawił się w takt rytmicznie stukających o dębowy blat szklanek, kieliszków i butelek. Tym razem jednak blask klubowych stroboskopów zastępuje nikłe światło lampki przy biurku, czy nawet migocząca za oknem latarnia do ciasnego mieszkania wrzucająca raczej wkurwiającą grę światłocieni, aniżeli pomarańczowe ciepło elektrycznego oświetlenia. Toasty wykrzykiwane przez liczne grono fanów opartych o zmęczone ramiona roześmianego rapera zostają nagle wyparte przez cyniczny i tak do bólu gorzki grymas skrzywienia do lustra po kolejnej rozmontowanej z własnym odbiciem flaszce. Te piękne dziewczyny są już tylko wspomnieniem. Zostaje wybór — być sam czy być singlem? Zaczynam omawianie płyty od tej właśnie części zupełnie nieprzypadkowo — mroczna strona hedonistycznego życia to bowiem coś, czego w naszym rodzimym rapie nie ma zbyt wiele, a już na pewno nie na tak mistrzowskim poziomie. Jakąż siłę przebicia ma ten as, skoro przy jego dźwiękach nawet dusze towarzystwa takie jak ja czują się przeraźliwie samotne?
Zaczyna się niewinnie, to znaczy od kawałka tytułowego, gdzie Mes i Theodor pokrótce przedstawiają warunki bytowe typowego kandydata na szaleńca. No bo jak nie zwariować siedząc samemu pośród czterech pustych ścian? Track działa jednak tym mocniej, iż nie jest zwyczajną skargą na niesprawiedliwy los zsyłający na przyszłych wariatów klęskę i plagę absolutnej samotności, ale głosem osoby ze swoim parszywym losem kompletnie pogodzonym. Jeszcze mroczniej robi się, gdy w uszy uderza pogrzebowy bas z Naucz mnie czegoś. Co prawda narracja nie wskazuje na tragizm sytuacji, lecz między słowami Mes daje do zrozumienia, że prośba o bodźce od drugiego człowieka jest wyjątkowo rozpaczliwym wezwaniem. To jednak dopiero preludium do jedynego kawałka na płycie, gdzie nie usłyszymy pana Szmidta. Druga strona to bowiem jeden z najbardziej przejmujących utworów w całej historii polskiego rapu — dyskusja ze śmiercią półżywego Mesa, który nie mówi przecież nawet słowa, a jedynie wysłuchuje przestróg Pjusa oraz błyszczących namów K8. Nie bez powodu Piotrka przed kuszącą Kostuchą ratuje właśnie Scarhead Nowakowski — ten, który w swojej batalii o zdrowie z powyższą delikwentką stoczył niejedną walkę. Rozważania samobójcy i wewnętrzne głosy odwodzące / zachęcające do realizacji swojego projektu autozagłady? A może błagania najlepszego przyjaciela, by Mes nie dał się zabrać “tam, skąd nie ma powrotu”? Wieloznaczność, emocje, napięcie — aż trudno uwierzyć, że tak prosty muzycznie, mówiony track tworzy takie spustoszenie w głowach słuchaczy… Nie inaczej jest zresztą z Happy Home, w którym członek legendarnego słonecznego 2cztery7 przyznaje, że jedyne co ma to wachlarz szczerych historii gotowych do opisania oraz prosty wybór — być sam, czy być singlem? Rozliczenie ze swoim domem, domem opuszczonego przez wszystkich artysty, który szczególnie wesoły wcale nie jest, zamyka pierwszą ważną część albumu — tą związaną z samotnością…
WWA — Twój oddany facet, nie zakochany głupiec
Oryginalność i nowatorskie podejście Mesa objawia się naprawdę na wielu polach, poczynając od nieszablonowego wizerunku scenicznego, a kończąc na imprezie promocyjnej, gdzie rolę sceny odgrywała naczepa ciężarówki. Wiadomo, że rap to muzyka miasta, sami raperzy to zaś jego wykrzykniki, lecz uliczni poeci częstokroć mylnie interpretują swoje miano, uznając je za zobowiązanie do wspomnienia na płycie, które z osiedli kochają najbardziej oraz do którego miasta wszyscy muszą koniecznie przyjechać. Mes jak zwykle patrzy inaczej i szerzej, a miasto jest dla niego jedynie tłem do głębokich przemyśleń i przedstawiania autobiograficznych historii. Od ultra-ekshibicjonistycznej historii życia z wyborów, często złych, życia chorego, aż po zamykający i przypominający zbawcze katharsis paragon wieńczący transakcję uczuć przeprowadzaną z ojcem i ukochanym miastem Mes serwuje wpisy z pamiętnika tak prawdziwe, szczere i autentyczne, że aż zadziwiające, iż w ogóle ujrzały światło dzienne. Epizody, które zazwyczaj nie opuszczają zeszytów skitranych w najgłębszych zakamarkach mebli biurowych tym razem uderzają w nas z mocą zdwojoną powerem płynącym z każdego kolejnego bitu. Opowieść o swoim życiu umieszczona jest zaś w konkretnej przestrzeni — przestrzeni tak pełnej wad, a jednocześnie tak pięknej, przestrzeni współczesnej Warszawy.
Mes nie jest wcale naiwniakiem zapatrzonym w betonowe lasy warszawskich osiedli. Swoje uczucie do miasta, a w szerszej perspektywie także kraju podaje nam na tacy w kawałku Tam gdzie chcę. Jasne, Rio, Tokyo, to tam byłoby najpiękniej, ale przecież to tutaj, pośród przeintelektualizowanej kasty “młodych, wykształconych, z większych ośrodków”, pośród aluminium i szkła, pośród starych bab z budek warzywnych toczy się historia kandydata na szaleńca z Górnego Mokotowa. Piotrek nie ucieka od rzetelnej oceny Warszawy chętnie odsłaniając jej paradoksy, gdzieniegdzie zahacza zakupioną w “lumpeksie” marynarką o ludność wiejską szukającą swego kącika w stolicy, w innym kawałku kapelusz spada mu od mocniejszego podmuchu wymuskanej nowoczesności, czy pewności siebie pięknych kobiet z wielkomiejskiej dżungli. Cały czas nie spuszcza oka z całego wachlarza warszawskości, ale jednocześnie — dostrzegając w tej mozaice elementy godne najwyżej pogardy — wciąż pozostaje jej najwierniejszym fanem. Ludzie w jego mieście walczą z żywiołem, mierzą się wzrokiem, czasem zatrzaskują drzwi klatki przed żebrzącym bezdomnym — każdemu ich działaniu towarzyszy zaś czujny obserwator spod znaku Alkopoligamii. Warszawiak, świadomy wad, dumny z zalet.
Daj punk rock, south, nawet kurwa daj drumy!
Jako się rzekło, Messerschmitt do szablonowych twórców nie należy, co pokazywał zresztą już jadąc na lawecie, czy rzucając kośćmi z Numerem Razem. Mówiąc o raperach błyszczących przełamywaniem schematów, zazwyczaj myślimy jednak o kozakach, którzy potrafią nawinąć pod szybki i wolny bit, a czasem jeszcze udaje im się zarapować pod West Coast, gdy na co dzień męczą truskul. Dlatego Mesa pochwalić trzeba tym bardziej — spektrum rapowych nurtów od g-funku, przez south, aż po surowy hołd Złotej Erze zostało wyczerpane już na featach oraz poprzednich płytach. Na poprzednim Zamachu na przeciętność artysta wychowany w śródmiejskim galimatiasie postanowił wywędrować daleko poza ramy obejmujące szeroko pojęty rap i przejął scenę oi. Teraz natomiast wraca, by rozkurwić grime, dramendbejsy oraz punk. Co więcej, styl w jakim to czyni, może wprawić w zakłopotanie nawet najbardziej wytrawnych wokalistów (wokalistów?!) sceny klubowej. Adam Peter, twórca bitów do najbardziej odjechanych kawałków z płyty czyli Szukam… oraz Zanim znajdziemy rozbił w pył i rozgniótł na miazgę większość mózgojebów spod znaku umcy umcy tworząc bity, które z łatwością mogłyby śmigać na dyskotekach jako instrumentale i ludzie na parkiecie patrzyliby po sobie z rozbawionym zadziwieniem — Ty, dobre to to. Mes? Mes z kolei zwyczajnie sprostał wyzwaniu jakie rzucił do lustra w 2010 — daj punk rock, south, nawet kurwa daj drumy — daj, a ja już będę wiedział co z tym zrobić. I jak kończą oryginalne bity.
W warstwie tematycznej eksperymenty muzyczne spod znaku kolorowych stroboskopów i dudniących bassów nie różnią się zanadto od reszty płyty. Także oi’owo-punkowo-rockowy Zegar Tyka jest wykrzyczaną historią leżącą na granicy trzech głównych motywów płyty czyli autobiografii, werterowskiego bólu istnienia samotnego artysty oraz surowego spojrzenia na współczesność. Pragnę jednak wyróżnić tu najlepsze szesnaście sekund w dziejach kooperacji rap — rock. Refren, odstający od zwrotek o trzydzieści osiem lat świetlnych to bowiem w moim mniemaniu arcydzieło zesłane przez jakąś tajemniczą muzę pełnej poweru i zniecierpliwienia bezczynności. Swoją drogą, ciekawe jak można by nazwać muzę Pełnej Poweru i Zniecierpliwienia Bezczynności. Wracając jednak do krętej drogi eksperymentu muzycznego, jaką od dawna kroczy Piotrek Szmidt, nie sposób nie wspomnieć o kawałkach bardziej zbliżonych do rapu, a jednak zawierających w sobie niespotykaną świeżość. Mowa tu przede wszystkim o Z tym co w sobie mam, gdzie radosny akompaniament kopsnięty przez Stereotypy przywodzi mi na myśl jakieś Maleo Reggae Rockers albo inne Samokhin Band. Lajtowo, pięknie, słonecznie — kto by pomyślał, że to ten sam człowiek, który przed chwilą walczył z pokusą przejścia na drugą stronę, który przed chwilą pił ciepłą wódkę ze swoim lustrzanym odbiciem? Teraz te mroczne obrazy zastępuje zielony park rodem z bajkowych opowiastek o Magdzie M. — co więcej, to nie krytyka, ale pochwała! Czyż bowiem nie przyjemniej trawę i staw obserwować z Mesem, aniżeli z wywożoną warszawską finansjerą znaną z seriali i ckliwych komedii romantycznych? Ja tam dzwonię po kolegów — idziemy do parku!
Mój świat pełen barw
A gdy już tam dojdziemy, zastaniemy Mesa w samym centrum leniwo-letniej scenografii wyrażanej kolejnymi dźwiękami rozłożonymi na leżakach i hamakach z drinkami w dłoni. Mój świat, Zalew, L.O.V.E. — nasz kandydat wreszcie pokazuje swoją jasną stronę, choć nie oznacza to naturalnie bezrefleksyjnego wystawiania ryja do słońca. Tak jak miasto jest tłem dla autobiografii, tak słoneczna atmosfera sprzyja przekazywaniu swojego oryginalnego światopoglądu — Mes bez większych problemów łączy klimat leniwego popołudnia z przemyśleniami na temat edukacji, czy roli samospełnienia w życiu człowieka. Swobodne, bez przesadnego moralizowania czy pouczania, a jednocześnie pełne emocji i pasji wersy o… życiu po prostu zapakowane są w słoneczną i błyszczącą skorupkę z Miami czy Los Angeles, dającą odpowiedni nastrój do luźnej wymiany poglądów. Frontman (Pjus i Stejzi chyba nie obrażą się za takie sformułowanie) grupy 2cztery7 na tej części płyty daje także pokaz umiejętności wokalnych — nieobce są mu zarówno podśpiewki pod nosem w stylu Justina Timberlake’a (cholera tak! zabijcie mnie, ale tak!), jak i wznoszenie się na poziomy dostępne tylko dla prawdziwych pimpów (Pimp C oraz rodzimego P.I.M.P.).
Warto wspomnieć także o sporym poczuciu humoru, który w tej części płyty daje o sobie najmocniej znać. Szczególnie ujął mnie wers kończący Zalew oraz monolog z Mierzymy się wzrokiem. Bez trudu da się jednak wyczuć także i inne smaczki, w dużym stopniu autoironiczne stanowiące zresztą celne i mocne odbicie piłeczki krytykantów sugerujących narcyzm i egocentryzm Mesa. Zresztą, zostawmy go już w spokoju, niech wpisze litery P i O w swoim firefox’ie zagłębiając się w swój świat — czasem śmieszny, czasem przerażający i przygnębiający, ale zawsze ciekawy i pochłaniający.
Zniknie w nas już tylko gaz
Jaki jest więc ten nowy Mes? Cóż, przede wszystkim wkręca się jak mało która płyta w tym roku. To nie są pioseneczki przy których trenujesz mięśnie karku, czy kawałki, po których w myślach chwalisz techniczną doskonałość. Piotrek daje nam przede wszystkim olbrzymią golonkę uczuć i bezkompromisowych wyrzutów z głębi serca, pieczoną w gorzkim sosie samotnych nocy, podlewaną słodkim (ale nie mdłym!) piwem popołudniowych przemyśleń, podaną na tacy w ukrytej w śródmiejskiej bramie kawiarni, albo podrzędnym pubie na jednym z mrocznych osiedli. Kucharz dźwięku nie stroni od eksperymentu, ale jednocześnie balansuje składniki tak, że nie odczuwamy konfuzji w żołądku jak po niestrawnym galimatiasie Ty Przecież Wiesz Czego, czy innej emocjonalnej płycie pokroju Pezetowego emo-rapu, jak określili go krytycy. Mesie, jak Cię przegonić?!














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny