Familijne spotkanie przy dźwiękach z płyty gramofonowej

kbls, 26 października 2011 w kategorii Muzyka

W sobotę na sce­nie łódzkiej Impro­wi­za­cji sta­nęli Jan Wyga, Kas Solo, Dwa Sławy i Green. Oto rela­cja z kon­certu, na któ­rym po raz kolejny potwier­dziło się jak zgraną i sym­pa­tyczną rodzinką jest cała łódzka familia.

Ostat­nio każde spo­tka­nie z łódzkim rapem to dla mnie praw­dziwa frajda ściśle zwią­zana z ele­men­tarną ludzką potrzebą przy­na­leż­no­ści do grupy, ba, przy­na­leż­no­ści do okre­ślo­nego klanu. Wąt­pię, czy w jakim­kol­wiek innym mie­ście owa „kla­no­wość” sub­kul­tury, całego środo­wi­ska hip-hopowego jest tak wyraźna. Czy gdzie­kol­wiek indziej idąc na kon­cert spo­tkasz całą scenę upchniętą… pod sceną? Czy gdzie­kol­wiek indziej gwiazda wie­czoru przy­wita się z każdą osobą w klu­bie nie z uprzej­mo­ści, ale dla­tego że po pro­stu każ­dego zna? Łódzka Fami­lia idzie po swoje, zwarta, zjed­no­czona i dia­bel­sko silna.

Już samo wej­ście do klubu przy­po­mi­nało o tym w jak wyjąt­ko­wym miej­scu było dane nam się zna­leźć. Remont kamie­nicy, któ­rej pod­zie­mia two­rzą Impro­wi­za­cję spra­wił, że sama miej­scówka ukryta jest zręcz­niej, ani­żeli nie­jedna fabryka koka­iny. To co zdra­dziło loka­cję kon­certu to obec­ność przed klu­bem tak roz­po­zna­wal­nych postaci jak choćby Marek Dule­wicz, czy Piotr „Kas” Kasiń­ski. Wokół nich pełno ludzi, wszy­scy uśmiech­nięci, wszy­scy zado­wo­leni, a co naj­bar­dziej rzu­ca­jące się w oczy – wszy­scy wszyst­kich znają. Wej­ście do klubu i szyb­kie roze­zna­nie w sytu­acji potwier­dza przy­pusz­cze­nia – do tego kame­ral­nego bądź co bądź miej­sca przy­byli nie­mal wszy­scy przed­sta­wi­ciele łódzkiej kul­tury hip-hop. Mignął Sainer, gdzieś poka­zała się cha­rak­te­ry­styczna czapka Wal­lesa, przy barze spo­tkać można było Entera, w loży sie­dział Kli­ford – rape­rzy roz­siali się po pomiesz­cze­niu tonąc w roz­mów­kach na tematy około-rapowe. Pod sceną z kolei zaczęli się gro­ma­dzić pierwsi fani, póki co deli­kat­nie buja­jący w rytm muzyki. Łapki wznio­sły się w górę dopiero za sprawą zawod­nika z nume­rem pierw­szym, Gre­ena. Brze­ziń­ski arty­sta na scenę wpadł w towa­rzy­stwie czar­nego cha­rak­teru ze sto­łecz­nego mia­sta War­szawy, a kon­kret­nie Flinta! To dosta­tecz­nie pod­nio­sło tem­pe­ra­turę, a gdy dodamy do rachunku soczy­ste skre­cze mało­let­niego Dj’a Flipa otrzy­mamy roz­grzewkę porów­ny­walną jedy­nie z grza­nym piwem na zimo­wym wyjeź­dzie w stylu Last Chri­st­mas. Green zapre­zen­to­wał swoje naj­bar­dziej roz­po­zna­walne numery, swo­imi kawał­kami zaszczy­cił nas także Flint, po czym obaj pano­wie ustą­pili miej­sca na sce­nie duetowi, „przy któ­rym tek­sty Łony to zale­d­wie żakow­skie żarciki”.

Zanim jed­nakże nastał ten moment, należy pod­kre­ślić skład oso­bowy pod sceną w momen­cie, gdy na pode­ście w mikro­fon pluł Green. Kli­ford? Entero? Wal­les? Wymie­niać dalej? Sto­pień inte­gra­cji tego środo­wi­ska jest tak duży, że nie spo­sób oprzeć się wra­że­niu, iż każdy z nich mógłby być hypeman’em któ­re­go­kol­wiek spo­śród swo­ich kum­pli. Zna­jo­mość tek­stów, bitów, akcen­tów to wynik wie­lo­let­nich przy­jaźni, które zaowo­co­wały już nie­jedną udaną nagrywką. Co wię­cej, publika reago­wała w spo­sób, który naka­zy­wał sądzić, że i oni są gotowi do ode­gra­nia roli hypeman’a, oni rów­nież mają skrę­co­wane wszyst­kie tek­sty, oni rów­nież żyją każ­dym ude­rze­niem bębna. Gdy Dwa Sławy opa­no­wały scenę ze swoim kozac­kim mate­ria­łem sytu­acja nie ule­gła zmia­nie. Rodzinną atmos­ferę dopeł­niał obra­zek sto­ją­cych na scho­dach, praw­dzi­wie dum­nych rodzi­ców – Donaty i Marka Dule­wi­czów, któ­rzy obser­wo­wali swo­jego syna sie­ka­ją­cego ze sceny takie dźwięki, że połowa pol­skich dj’ów ten tydzień spę­dzi na czy­ta­niu instruk­cji obsługi swo­jego sprzętu. Zwrot „łódzka fami­lia hip-hopowa” dzięki tej sym­pa­tycz­nej rodzince nabiera „mocy praw­nej” i bar­dzo sil­nych zacze­pów prag­ma­tycz­nych. My wszy­scy naprawdę jeste­śmy jedną wielką rodziną!

Wra­ca­jąc jed­nakże do kon­certu — mimo że zabawa trwała w naj­lep­sze, dało się jed­nak wyczuć w powie­trzu nutkę znie­cier­pli­wie­nia, jakiś pier­wia­stek eks­cy­ta­cji zwią­za­nej z powro­tem na łódzką scenę dwóch, spo­śród jej naj­zna­mie­nit­szych repre­zen­tan­tów. Jasiek i Kas już przy barze i w klu­bo­wych kory­ta­rzach błysz­czeli i bry­lo­wali, poka­zu­jąc, że są w mistrzow­skiej for­mie. Gdy tra­fili na scenę, roz­po­czął się praw­dziwy ogień.

Sin­glowe kawałki Wygi, nigdzie wcze­śniej nie sły­szane prze­cieki z solo­wej płyty Kasa, zna­ko­mite koope­ra­cje i spraw­dzone zabawy z publiką znane ze sta­rych albu­mów Afrontu, luz, dow­cip, humor, zgra­nie i nie­sa­mo­wita, pozy­tywna wibra­cja – Kasina i Jasiek opa­no­wali salę! Jeśli kto­kol­wiek zwią­zany z pro­jek­tem Jan Wyga oba­wiał się jak zostaną przy­jęte nowe kawałki, już po pierw­szych dźwię­kach wie­dział, że nie­po­kój był bez­pod­stawny. Prze­ła­mu­jące wszel­kie sche­maty flow, bez­tro­ska i brak skrę­po­wa­nia w into­no­wa­niu kolej­nych wer­sów spra­wiały wra­że­nie jakie­goś spo­tka­nia przy fajce wod­nej i świe­żych instru­men­ta­lach pusz­cza­nych na youtu­bie w gro­nie przy­ja­ciół, a nie regu­lar­nego kon­certu, w dodatku po bar­dzo dłu­giej prze­rwie. Afronty nie narze­kały na odsłu­chy, Afronty nie krę­ciły nosem na oświe­tle­nie, a mam wra­że­nie, że nawet w zupeł­nych ciem­no­ściach i bez mikro­fo­nów potra­fi­liby roz­ru­szać całą salę. Ich gierki na mikro­fo­nach zna­ko­mi­cie odczy­ty­wał Dj Flip, który bez­u­stan­nie zała­twiał oprawę fajer­wer­kową. Szcze­gól­nie uda­nie wypadł w kawałku „Wyspa”, zwa­nym także „Zawi­jam, odpa­lam”, gdzie wysma­żył tak świeże i kli­ma­tyczne dźwięki, że „podróż na wyspę, któ­rej nie ma na mapach” stała się jesz­cze łatwiej­sza. Afront zaś jak zwy­kle naj­pew­niej czuł się w kawał­kach „Pół” oraz „Biba” – inte­rak­cja z publiką (zło­żoną jak już wspo­mnia­łem z poten­cjal­nych hypeman’ów i ludzi rapu­ją­cych na co dzień) była bli­ska ide­ału, a jedy­nym man­ka­men­tem pozo­sta­wało dające się już we znaki zmę­cze­nie. Nie odczu­wał go Andrzej, gwiazda kon­certu, która wypły­nęła na fali ory­gi­nal­nej zabawy w pierw­szych rzę­dach. Jaś zarze­kał się, że Andrzej, fan o macha­ją­cych ener­gicz­nie rękach, to jego sąsiad, a ponadto medium, które jest w sta­nie nawią­zać kon­takt z duchami przodków.

Andrzej nie zaprze­stał sza­lo­nych plą­sów także na freestyle’owym jam ses­sion, w któ­rym do Jaśka i Kasa szybko dołą­czyli inni łódzcy twórcy. Zabawa sło­wem trwa­łaby pew­nie dłu­żej, gdyby nie fakt, że zastała nas naprawdę późna noc i z pew­no­ścią dość uciąż­liwe zmę­cze­nie. Zjazd rodzinny dobiegł końca, a nam pozo­staje cze­kać na kolejną oka­zję do fami­lij­nego spo­tka­nia. Może przy oka­zji Entepki?

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - kbls

Tyrmand opisał go w powieści Zły: Reporter iskra. Reporter widmo. Człowiek, dla którego nie ma drzwi zamkniętych. Dziennikarz, u którego w lewej kieszeni spodni bije puls Łodzi. Oczy i uszy Miasta Włókniarzy. Jednym słowem: Kubuś. Zawsze tam, gdzie mieszka sport, dobra muzyka i klimat jego ukochanych Bałut.

Podobne artykuły

  • Wyga na urodzinowym koncercie!
  • Flip i Noriz — spontaniczna skreczsesja
  • Wyga w Krakowie
  • Premiera wyga.co w łódzkiej Luce
  • Premierowa impreza Wygi wydarzeniem roku?

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny