W sobotę na scenie łódzkiej Improwizacji stanęli Jan Wyga, Kas Solo, Dwa Sławy i Green. Oto relacja z koncertu, na którym po raz kolejny potwierdziło się jak zgraną i sympatyczną rodzinką jest cała łódzka familia.
Ostatnio każde spotkanie z łódzkim rapem to dla mnie prawdziwa frajda ściśle związana z elementarną ludzką potrzebą przynależności do grupy, ba, przynależności do określonego klanu. Wątpię, czy w jakimkolwiek innym mieście owa „klanowość” subkultury, całego środowiska hip-hopowego jest tak wyraźna. Czy gdziekolwiek indziej idąc na koncert spotkasz całą scenę upchniętą… pod sceną? Czy gdziekolwiek indziej gwiazda wieczoru przywita się z każdą osobą w klubie nie z uprzejmości, ale dlatego że po prostu każdego zna? Łódzka Familia idzie po swoje, zwarta, zjednoczona i diabelsko silna. 
Już samo wejście do klubu przypominało o tym w jak wyjątkowym miejscu było dane nam się znaleźć. Remont kamienicy, której podziemia tworzą Improwizację sprawił, że sama miejscówka ukryta jest zręczniej, aniżeli niejedna fabryka kokainy. To co zdradziło lokację koncertu to obecność przed klubem tak rozpoznawalnych postaci jak choćby Marek Dulewicz, czy Piotr „Kas” Kasiński. Wokół nich pełno ludzi, wszyscy uśmiechnięci, wszyscy zadowoleni, a co najbardziej rzucające się w oczy – wszyscy wszystkich znają. Wejście do klubu i szybkie rozeznanie w sytuacji potwierdza przypuszczenia – do tego kameralnego bądź co bądź miejsca przybyli niemal wszyscy przedstawiciele łódzkiej kultury hip-hop. Mignął Sainer, gdzieś pokazała się charakterystyczna czapka Wallesa, przy barze spotkać można było Entera, w loży siedział Kliford – raperzy rozsiali się po pomieszczeniu tonąc w rozmówkach na tematy około-rapowe. Pod sceną z kolei zaczęli się gromadzić pierwsi fani, póki co delikatnie bujający w rytm muzyki. Łapki wzniosły się w górę dopiero za sprawą zawodnika z numerem pierwszym, Greena. Brzeziński artysta na scenę wpadł w towarzystwie czarnego charakteru ze stołecznego miasta Warszawy, a konkretnie Flinta! To dostatecznie podniosło temperaturę, a gdy dodamy do rachunku soczyste skrecze małoletniego Dj’a Flipa otrzymamy rozgrzewkę porównywalną jedynie z grzanym piwem na zimowym wyjeździe w stylu Last Christmas. Green zaprezentował swoje najbardziej rozpoznawalne numery, swoimi kawałkami zaszczycił nas także Flint, po czym obaj panowie ustąpili miejsca na scenie duetowi, „przy którym teksty Łony to zaledwie żakowskie żarciki”.
Zanim jednakże nastał ten moment, należy podkreślić skład osobowy pod sceną w momencie, gdy na podeście w mikrofon pluł Green. Kliford? Entero? Walles? Wymieniać dalej? Stopień integracji tego środowiska jest tak duży, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż każdy z nich mógłby być hypeman’em
któregokolwiek spośród swoich kumpli. Znajomość tekstów, bitów, akcentów to wynik wieloletnich przyjaźni, które zaowocowały już niejedną udaną nagrywką. Co więcej, publika reagowała w sposób, który nakazywał sądzić, że i oni są gotowi do odegrania roli hypeman’a, oni również mają skręcowane wszystkie teksty, oni również żyją każdym uderzeniem bębna. Gdy Dwa Sławy opanowały scenę ze swoim kozackim materiałem sytuacja nie uległa zmianie. Rodzinną atmosferę dopełniał obrazek stojących na schodach, prawdziwie dumnych rodziców – Donaty i Marka Dulewiczów, którzy obserwowali swojego syna siekającego ze sceny takie dźwięki, że połowa polskich dj’ów ten tydzień spędzi na czytaniu instrukcji obsługi swojego sprzętu. Zwrot „łódzka familia hip-hopowa” dzięki tej sympatycznej rodzince nabiera „mocy prawnej” i bardzo silnych zaczepów pragmatycznych. My wszyscy naprawdę jesteśmy jedną wielką rodziną!
Wracając jednakże do koncertu — mimo że zabawa trwała w najlepsze, dało się jednak wyczuć w powietrzu nutkę zniecierpliwienia, jakiś pierwiastek ekscytacji związanej z powrotem na łódzką scenę dwóch, spośród jej najznamienitszych reprezentantów. Jasiek i Kas już przy barze i w klubowych korytarzach błyszczeli i brylowali, pokazując, że są w mistrzowskiej formie. Gdy trafili na scenę, rozpoczął się prawdziwy ogień.
Singlowe kawałki Wygi, nigdzie wcześniej nie słyszane przecieki z solowej płyty Kasa, znakomite
kooperacje i sprawdzone zabawy z publiką znane ze starych albumów Afrontu, luz, dowcip, humor, zgranie i niesamowita, pozytywna wibracja – Kasina i Jasiek opanowali salę! Jeśli ktokolwiek związany z projektem Jan Wyga obawiał się jak zostaną przyjęte nowe kawałki, już po pierwszych dźwiękach wiedział, że niepokój był bezpodstawny. Przełamujące wszelkie schematy flow, beztroska i brak skrępowania w intonowaniu kolejnych wersów sprawiały wrażenie jakiegoś spotkania przy fajce wodnej i świeżych instrumentalach puszczanych na youtubie w gronie przyjaciół, a nie regularnego koncertu, w dodatku po bardzo długiej przerwie. Afronty nie narzekały na odsłuchy, Afronty nie kręciły nosem na oświetlenie, a mam wrażenie, że nawet w zupełnych ciemnościach i bez mikrofonów potrafiliby rozruszać całą salę. Ich gierki na mikrofonach znakomicie odczytywał Dj Flip, który bezustannie załatwiał oprawę fajerwerkową. Szczególnie udanie wypadł w kawałku „Wyspa”, zwanym także „Zawijam, odpalam”, gdzie wysmażył tak świeże i klimatyczne dźwięki, że „podróż na wyspę, której nie ma na mapach” stała się jeszcze łatwiejsza. Afront zaś jak zwykle najpewniej czuł się w kawałkach „Pół” oraz „Biba” – interakcja z publiką (złożoną jak już wspomniałem z potencjalnych hypeman’ów i ludzi rapujących na co dzień) była bliska ideału, a jedynym mankamentem pozostawało dające się już we znaki zmęczenie. Nie odczuwał go Andrzej, gwiazda koncertu, która wypłynęła na fali oryginalnej zabawy w pierwszych rzędach. Jaś zarzekał się, że Andrzej, fan o machających energicznie rękach, to jego sąsiad, a ponadto medium, które jest w stanie nawiązać kontakt z duchami przodków.
Andrzej nie zaprzestał szalonych pląsów także na freestyle’owym jam session, w którym do Jaśka i Kasa szybko dołączyli inni łódzcy twórcy. Zabawa słowem trwałaby pewnie dłużej, gdyby nie fakt, że zastała nas naprawdę późna noc i z pewnością dość uciążliwe zmęczenie. Zjazd rodzinny dobiegł końca, a nam pozostaje czekać na kolejną okazję do familijnego spotkania. Może przy okazji Entepki?














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny