Familia

kbls, 20 września 2011 w kategorii Muzyka

Łódzka scena to jedna wielka hip-hopowa rodzina. W prze­no­śni, ale i dosłow­nie, co dobit­nie poka­zuje nasza wizyta w legen­dar­nym stu­dio nagraniowym…

Chyba każdy słu­chacz rapu w Pol­sce jest w sta­nie okre­ślić na czym polega nie­sły­cha­nie spe­cy­ficzny i odrębny od reszty gatunku „łódzki styl”. Fun­kowe i jaz­zowe inspi­ra­cje, nie­sa­mo­wita ener­gia i nie­moż­liwy do pod­ro­bie­nia luz to praw­dziwe wizy­tówki naszej małej Ojczy­zny. Dziś zoba­czy­łem, jak nadaje się ten mistrzow­ski szlif kawał­kom z cen­tral­nej Pol­ski, a jed­no­cze­śnie zna­la­złem potwier­dze­nie na hasło Piha – sta­jesz się miej­scem, miej­sce staje się Tobą…

Stu­dio Marka Dule­wi­cza w Łodzi od razu przy­wo­dzi mi na myśl Szu­flan­dię. Nie­po­zorna dziel­nica, nie­po­zorny blok, nie­po­zorna klatka, a w środku praw­dziwe impe­rium, lecz zamiast kra­snali, setki płyt, kata­lo­gów, cza­so­pism i “prze­pstrycz­ków” słu­żą­cych do dopiesz­cza­nia dźwięku muzycz­nego. Tak jak widz obser­wu­jący film Juliu­sza Machul­skiego, tak i ja poczu­łem się z początku nieco zagu­biony. Nieczę­sto mam oka­zję obej­rzeć złote i pla­ty­nowe płyty, nie­czę­sto rów­nież ist­nieje szansa na obej­rze­nie i zoba­cze­nie w akcji sprzętu, który w niczym nie odstaje od ame­ry­kań­skich stan­dar­dów. Pomiesz­cze­nie nie jest duże, lecz mie­ści wszystko to, co potrzebne do twór­czej pracy. Od prze­kro­cze­nia progu ude­rza mno­gość pla­katów, wle­pek i mate­ria­łów pro­mo­cyj­nych, które niczym tro­fea wojenne zdo­bią wszyst­kie ściany oraz gościn­ność tutej­szego nad­szysz­kow­nika czyli Marka. Gościn­ność, która jed­no­cze­śnie nie zmie­nia się w roz­mem­ła­nie i prze­ga­dy­wa­nie cen­nego czasu. Zaska­ku­jąca jest przede wszyst­kim mery­to­rycz­ność – choć na stole szybko poja­wiły się drinki, nie­mal każde zda­nie osób obec­nych w stu­diu wno­siło coś nowego do tematu. Zero pustych prze­lo­tów, zero gada­niny, zero mar­no­traw­stwa, a przy tym iście rodzinna atmosfera.

Rodzinna zresztą także dosłow­nie. Po chwili do stu­dia wpa­ro­wał bowiem Dule­wicz junior, czyli Dj Filip. Młody chło­pak, któ­rego rówie­śnicy zapewne zamu­lali w tym cza­sie przed kom­pem, usiadł na kana­pie i od razu zabrał się do prze­słu­chi­wa­nia muzyki w naj­róż­niej­szych posta­ciach. Warto dodać, że jego osią­gnię­cia muzyczne już wkrótce poja­wią się na pły­tach nie­któ­rych sta­rych wyg z łódzkiego podwórka, a kunszt, jakiego nabiera Filip napawa opty­mi­zmem i spo­ko­jem, jeżeli cho­dzi o przy­szłość łódzkiej sceny hip-hopowej. Trudno było powstrzy­mać uśmiech obser­wu­jąc scenę wyciętą żywcem z fami­lij­nych fil­mów pusz­cza­nych przez Pol­sat i TVN w nie­dzielne popo­łu­dnia. Ojciec przy gigan­tycz­nym sprzę­cie mon­tuje kolejne hity, pod­czas gdy jego młod­sza wer­sja dłu­bie przy sam­plach na prze­no­śnym lap­to­pie. Obu zresztą cechuje ten sam per­fek­cjo­nizm oraz zajawka. Gdy tylko „paczki” zaczy­nają grać bit, wszyst­kie głowy łącznie z moją poru­szają się w jed­nym tem­pie, podob­nie do pie­sków usta­wia­nych na tyl­nich pół­kach star­szych samo­cho­dów. Ude­rza­jące tempo pracy, zupełny brak prze­sto­jów, bita godzina czy­stego, nie­zmą­co­nego i mozol­nego dosko­na­le­nia utworu, który dla nie­wpraw­nego ucha już za pierw­szym razem był maj­stersz­ty­kiem. Oraz oczy­wi­ście Dj Filip, który w tle prze­gląda uję­cia z nagry­wa­nego nie­dawno klipu. Gdy dodamy do tego treść roz­mów mię­dzy wszyst­kimi obec­nymi, ich tech­niczną wie­dzę, fachowy żargon oraz oby­cie w kwe­stii dźwięku, otrzy­mu­jemy obraz pro­fe­sjo­nal­nej ekipy, która z pełną zajawką, ale jed­no­cze­śnie przy mak­sy­mal­nym zaan­ga­żo­wa­niu, wyko­nuje swoją, wcale nie taką lekką pracę.

Roz­luź­nie­nie jak zwy­kle przy­nosi kobieta – gdy nagrano wokal, do stu­dia wpa­dła Donata, żona Marka razem z malut­kim syn­kiem i jego skrzy­neczką wypeł­nioną minia­tu­ro­wymi mode­lami broni. Tro­skliwa mama otwiera mode­linę, tata znaj­duje dla syna blat i od tej pory do wie­lo­wąt­ko­wej dys­ku­sji o muzyce dołą­czą rów­nież kwe­stia zmi­ni­ma­li­zo­wa­nych środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego, jak pla­ste­li­nowe maczugi, czy topory. Sama scena była już dosta­tecz­nie słodka, lecz praw­dziwą eks­plo­zją było przy­słu­cha­nie się roz­mo­wom w stu­dio. Raper, pro­du­cent, „wanna-be” dzien­ni­karz, spi­ri­tus movens całej afery jako nabyw­czyni mode­liny czyli Donata, młody Dj Filip – wszy­scy dys­ku­to­wali o potrze­bie naostrze­nia zapałki w celu odpo­wied­niego zbu­do­wa­nia gło­wicy maczugi rów­nie poważ­nym tonem, jak chwilę wcze­śniej o doda­nych wer­blach, pla­nach wydaw­ni­czych, czy trac­kli­stach na kon­cert. Zna­ko­mi­cie pod­su­mo­wał to w 2004 pewien nowo­jor­ski muzyk – te naj­mniej­sze gesty, te detale, szcze­gó­liki i smaczki są naj­pięk­niej­sze. Dobrze wyko­nana robota, obec­ność spe­cja­li­sty w dzie­dzi­nie zmi­nia­tu­ry­zo­wa­nej broni oraz zwy­czajne zmę­cze­nie spo­wo­do­wały, że samo­dy­scy­plina uczest­ni­ków spo­tka­nia, jak i mery­to­rycz­ność nieco spa­dły, lecz czas na relaks nie ozna­czał wcale końca posze­rza­nia hory­zon­tów. Na warsz­tat weszły bowiem świe­żaki wypusz­czane przez kon­ku­ren­tów, plany wydaw­ni­cze, dys­ku­sje o pro­mo­cji i kli­pach – roz­mowy zaś zda­wały się spra­wiać całej fami­lii taką przy­jem­ność, jakby cały dzień wycze­ki­wali na upra­gniony faj­rant po nagry­wa­niu i moż­li­wość swo­bod­nej wymiany zdań na tematy ściśle zwią­zane z pracą prze­cież, bo taką pracą jest kon­cer­to­wa­nie w Pol­sce, czy nagry­wa­nie kolej­nych promovideo.

Gdy wycho­dzi­li­śmy od Marka, mia­łem już w gło­wie gotowy tekst. Nie mogłem prze­cież pozo­stać bierny, pod­czas tocze­nia się koło mnie całego festi­walu twór­czej pracy. Wtedy wła­śnie uświa­do­mi­łem sobie czym jest ten legen­darny łódzki styl. Przy­jemny prag­ma­tyzm. Pra­co­wita kre­atyw­ność. Twór­cze sku­pie­nie. Opty­mizm i tro­chę Funku.

Wszystko dzięki tej feno­me­nal­nej atmos­fe­rze, którą two­rzy cała rodzina Dulewiczów.

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - kbls

Tyrmand opisał go w powieści Zły: Reporter iskra. Reporter widmo. Człowiek, dla którego nie ma drzwi zamkniętych. Dziennikarz, u którego w lewej kieszeni spodni bije puls Łodzi. Oczy i uszy Miasta Włókniarzy. Jednym słowem: Kubuś. Zawsze tam, gdzie mieszka sport, dobra muzyka i klimat jego ukochanych Bałut.

Podobne artykuły

  • Jesteśmy na Pinterest.com
  • Raz, dwa, trzy, hejterem jesteś ty!
  • Pewnym krokiem po niepewnym tropie…
  • Pariasi na trybunach
  • Manieczkowi Poeci

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny