Łódzka scena to jedna wielka hip-hopowa rodzina. W przenośni, ale i dosłownie, co dobitnie pokazuje nasza wizyta w legendarnym studio nagraniowym…
Chyba każdy słuchacz rapu w Polsce jest w stanie określić na czym polega niesłychanie specyficzny i odrębny od reszty gatunku „łódzki styl”. Funkowe i jazzowe inspiracje, niesamowita energia i niemożliwy do podrobienia luz to prawdziwe wizytówki naszej małej Ojczyzny. Dziś zobaczyłem, jak nadaje się ten mistrzowski szlif kawałkom z centralnej Polski, a jednocześnie znalazłem potwierdzenie na hasło Piha – stajesz się miejscem, miejsce staje się Tobą…
Studio Marka Dulewicza w Łodzi od razu przywodzi mi na myśl Szuflandię. Niepozorna dzielnica, niepozorny blok, niepozorna klatka, a w środku prawdziwe imperium, lecz zamiast krasnali, setki płyt, katalogów, czasopism i “przepstryczków” służących do dopieszczania dźwięku muzycznego. Tak jak widz obserwujący film Juliusza Machulskiego, tak i ja poczułem się z początku nieco zagubiony. Nie
często mam okazję obejrzeć złote i platynowe płyty, nieczęsto również istnieje szansa na obejrzenie i zobaczenie w akcji sprzętu, który w niczym nie odstaje od amerykańskich standardów. Pomieszczenie nie jest duże, lecz mieści wszystko to, co potrzebne do twórczej pracy. Od przekroczenia progu uderza mnogość plakatów, wlepek i materiałów promocyjnych, które niczym trofea wojenne zdobią wszystkie ściany oraz gościnność tutejszego nadszyszkownika czyli Marka. Gościnność, która jednocześnie nie zmienia się w rozmemłanie i przegadywanie cennego czasu. Zaskakująca jest przede wszystkim merytoryczność – choć na stole szybko pojawiły się drinki, niemal każde zdanie osób obecnych w studiu wnosiło coś nowego do tematu. Zero pustych przelotów, zero gadaniny, zero marnotrawstwa, a przy tym iście rodzinna atmosfera.
Rodzinna zresztą także dosłownie. Po chwili do studia wparował bowiem Dulewicz junior, czyli Dj Filip. Młody chłopak, którego rówieśnicy zapewne zamulali w tym czasie przed kompem, usiadł na kanapie i od razu zabrał się do przesłuchiwania muzyki w najróżniejszych postaciach. Warto dodać, że jego osiągnięcia muzyczne już wkrótce pojawią się na płytach niektórych starych wyg z łódzkiego podwórka, a kunszt, jakiego nabiera Filip napawa optymizmem i spokojem, jeżeli chodzi o przyszłość łódzkiej sceny hip-hopowej. Trud
no było powstrzymać uśmiech obserwując scenę wyciętą żywcem z familijnych filmów puszczanych przez Polsat i TVN w niedzielne popołudnia. Ojciec przy gigantycznym sprzęcie montuje kolejne hity, podczas gdy jego młodsza wersja dłubie przy samplach na przenośnym laptopie. Obu zresztą cechuje ten sam perfekcjonizm oraz zajawka. Gdy tylko „paczki” zaczynają grać bit, wszystkie głowy łącznie z moją poruszają się w jednym tempie, podobnie do piesków ustawianych na tylnich półkach starszych samochodów. Uderzające tempo pracy, zupełny brak przestojów, bita godzina czystego, niezmąconego i mozolnego doskonalenia utworu, który dla niewprawnego ucha już za pierwszym razem był majstersztykiem. Oraz oczywiście Dj Filip, który w tle przegląda ujęcia z nagrywanego niedawno klipu. Gdy dodamy do tego treść rozmów między wszystkimi obecnymi, ich techniczną wiedzę, fachowy żargon oraz obycie w kwestii dźwięku, otrzymujemy obraz profesjonalnej ekipy, która z pełną zajawką, ale jednocześnie przy maksymalnym zaangażowaniu, wykonuje swoją, wcale nie taką lekką pracę.
Rozluźnienie jak zwykle przynosi kobieta – gdy nagrano wokal, do studia wpadła Donata, żona Marka razem z malutkim synkiem i jego skrzyneczką wypełnioną miniaturowymi modelami broni. Troskliwa mama otwiera modelinę, tata znajduje dla syna blat i od tej pory do wielowątkowej dyskusji o muzyce dołączą również kwestia zminimalizowanych środków przymusu bezpośredniego, jak plastelinowe maczugi, czy topory. Sama scena była już dostatecznie słodka, lecz prawdziwą eksplozją było przysłuchanie się rozmowom w studio. Raper, producent, „wanna-be” dziennikarz, spiritus movens całej afery jako
nabywczyni modeliny czyli Donata, młody Dj Filip – wszyscy dyskutowali o potrzebie naostrzenia zapałki w celu odpowiedniego zbudowania głowicy maczugi równie poważnym tonem, jak chwilę wcześniej o dodanych werblach, planach wydawniczych, czy tracklistach na koncert. Znakomicie podsumował to w 2004 pewien nowojorski muzyk – te najmniejsze gesty, te detale, szczególiki i smaczki są najpiękniejsze. Dobrze wykonana robota, obecność specjalisty w dziedzinie zminiaturyzowanej broni oraz zwyczajne zmęczenie spowodowały, że samodyscyplina uczestników spotkania, jak i merytoryczność nieco spadły, lecz czas na relaks nie oznaczał wcale końca poszerzania horyzontów. Na warsztat weszły bowiem świeżaki wypuszczane przez konkurentów, plany wydawnicze, dyskusje o promocji i klipach – rozmowy zaś zdawały się sprawiać całej familii taką przyjemność, jakby cały dzień wyczekiwali na upragniony fajrant po nagrywaniu i możliwość swobodnej wymiany zdań na tematy ściśle związane z pracą przecież, bo taką pracą jest koncertowanie w Polsce, czy nagrywanie kolejnych promovideo.
Gdy wychodziliśmy od Marka, miałem już w głowie gotowy tekst. Nie mogłem przecież pozostać bierny, podczas toczenia się koło mnie całego festiwalu twórczej pracy. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie czym jest ten legendarny łódzki styl. Przyjemny pragmatyzm. Pracowita kreatywność. Twórcze skupienie. Optymizm i trochę Funku.
Wszystko dzięki tej fenomenalnej atmosferze, którą tworzy cała rodzina Dulewiczów.














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny