Mimo pogody ten piątek nie zostanie przeze mnie zapamiętany jako deszczowy. To był naprawdę upalny wieczór w iście kalifornijskim stylu. It burned straight thru us all.
Powiem czemu, ale wszystko po kolei. Z dwóch wiadomości — dobrej i złej, zacznę od złej. Chyba już zawsze będę narzekał na spóźniających się artystów. Drażniło mnie to od dzieciaka i drażni również teraz. Rozumiem 20-minutowe obsuwy, ale nie prawie godzinne, a to tylko na samym początku imprezy! Od wejścia traktowano nas funkiem w każdej możliwej formie, od funku lat 70, przez g–funk, aż po najnowsze odmiany tego gatunku. Już jako support Eltron John poczęstował nas wszystkim czym chyba mógł i choć części publiczności mogło się to podobać, to ja osobiście po blisko dwugodzinnym (!) secie poczułem się zmęczony. Niemoc przerwał tekst “DâM-Funk na razie jest hotelu, ale będzie tu za pół godziny”. Po tym jakby entuzjazm w publiczności wzrósł, ale i tak chyba nikt nie spodziewał się tego, co się miało dopiero wydarzyć…
DâM-FunK & Master Blazter to trio wydawałoby się dość niepozorne (dwóch klawiszowców i perkusista), ale wszystkim, którzy mogli chociaż tak pomyśleć, to panowie skutecznie zamknęli usta. Koncert zaczął się nietypowo, bo usłyszeliśmy podkład Hood Pass Intact, który był grany z…winyla i to do niego Damon zaczął śpiewać nową wersję utworu*, która kompletnie rozpaliła publikę! Plusem setlisty, którą zagrali było to, że nie było tam już dużo więcej utworów wokalnych w pełnym znaczeniu tego słowa, bo reszta to kawałki instrumentalne lub z użyciem talkboxa. Czemu? Damon już po pierwszym kawałku stracił głos! W czasie godziny grania (niby tak, krótko, a tak długo) każdy z trio miał swoją chwilę do pokazania, co potrafi, a widać było, że nie szczędzili sił w żadnej chwili - DâM-FunK swoimi solówkami (m.in. podczas Killdat oraz Mirrors), Computer Jay bawiąc się syntezatorami na dziesiątki sposobów i wyciskając wszystko zarówno ze swojego sprzętu, jak i ścian klubu i w końcu J-1, który nie bez powodu jest nazywany jednym z najlepszych i najbardziej funkowych bębniarzy zachodniego wybrzeża, o czym mogłem się przekonać na własne oczy i uszy. Wracając do tego co brzmiało na koncercie, to oczywiście były też spokojniesze momenty. Gdy Damon solowo, już prawie bez głosu zaśpiewał I Wanna Thank You for (Steppin Into My Life), to napięcie i podniecenie wśród publiki sięgnęło zenitu. Nie było powietrza, nie było świata, nie było nic. Tylko scena, klawisze i DâM-FunK. Po skończonej części koncertowej DâM poszedł za decki i tam kontynuował zabawę. Ten kto był, to wie, że żadna złotówka wydana na koncert, dojazd lub cokolwiek związane z nim nie było stracone. Jak dotąd moim zdaniem jest to koncert roku.
Thank you for steppin into my life DâM-FunK & Master Blazter.
P.S. Nie tylko publika była wniebowzięta. Uznanie koncertu za najlepszy jaki zagrali muzycy poza granicami US o czymś świadczy. Sprawdź DâM-FunKowego Twittera!
*-oryginalnie utwór był instrumentalny. Dopiero niedawno ukazała się wersja wokalna z gościnnym udziałem MC Eith’a, którą już publikowaliśmy stronie.
Poniżej macie fotorelację z koncertu dzięki uprzejmości Maćka Jakóbczyka (maciekjakobczyk.com)














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny