Przyznaję się bez bicia, nie zaliczyłem mnóstwa wydarzeń kulturalnych w tym roku, mimo że był ich wysyp. Przede wszystkim z braku funduszy. Nie zaliczyłem dwóch najważniejszych koncertów w tym roku dla mnie : Prince’a i Hip Hop Areny (Atmosphere i EPMD), ale za to przesłuchałem setki nowości, a to co najlepsze wg mnie przedstawię Wam właśnie w tym oto podsumowaniu.
Wypisałem sobie listę płyt, które MOCNO zapadły mi w pamięć w roku 2011. Ich liczba to 35. Tak więc, gdybym miał napisać o każdej fajnej płycie to zmieściłbym się pewnie w siedemdziesiątce. To dowód na to jak zacnym rokiem był dla nas miniony oraz to z jakim natężeniem artyści raczyli nas nowymi projektami. Mieliśmy mnóstwo ciekawych płyt, ale też kilka mocnych zawodów. Te (top 15 najlepszych rapowych albumów) i te (top 3 najgorszych zawodów) wg mojego osobistego rankingu przedstawię Wam poniżej.
Top 15 płyt roku 2011
Wyróżnienie: Tyler, The Creator — Goblin
Ktoś może się spytać : dlaczego ta beznadziejna i antymuzyczna pozycja dla głuchych Ci się podoba, przecież to najgorszy album 2011? Odpowiedź jest prostsza niż się wydaje! Ten skurczybyk ze swoimi ziomkami z OFWGKTA narobili w tym roku mnóstwo zamieszania i wprowadzili do światowej rap gry mnóstwo świeżości i oryginalności. To się moi drodzy nazywa NOWA JAKOŚĆ. Wielki szacunek za mnóstwo odwagi w tekstach i w sferze muzycznej. A zwłaszcza za Yonkers i She. Nie chcę tej płyty nikomu reklamować, bo to nie jest tego typu płyta. Nie sprawdziłeś? Jak stać Cię na otwarcie mózgu na nowe doznania — śmiało, uderzaj. Jeżeli kochasz ortodoksyjnie klasyczne hip hopowe bity z lat 90, a zwłaszcza z lat 92–96 to trzymaj się z bardzo daleka od tej płyty. Ja osobiście czekam na kolejne ruchy Tylera.
15. Evidence — Cats & Dogs
Był to mega ciężki wybór z tylu płyt wybrać tę najlepszą piętnastkę. Ale udało się. Mój ranking otwiera album Evidence’a. Dlaczego? Dlatego, że nie ma siły by w zasadzie świeża płyta, lecz wtórna płyta przebiła się przez tak silną 14-kę, która jest powyżej. Muzycznie mamy powtórkę z poprzednich solówek Ev’a, lirycznie nic nadzwyczajnego, ale mimo wszystko płyta zasiedziała się na iPodzie długo. Bo po prostu dobrze się słucha takiego rapu chodząc po mieście. Dodatkowo fajne zwrotki od Raekwona i Sluga oraz refren od Aloe Blacca i bitowe perełki od Alchemista (Red Carpet [!]) , Premiera (You) oraz Sid Roams (Late for Sky i To Be Continued) i otrzymujemy dobry album na czwóreczkę z minusem.
14. Professor Green — At Your Inconvenience
Ten brytol ma tupet. Wjechać z takim bangerowym debiutem, po czym zrobić album kompletnie inny, zmylając słuchaczy singlem osadzonym na dubstepowym bicie od 16bit. Masakra. Z jednej strony to taki britpop flirtujący z grime’owym rapem pana z Hackney. Z drugiej jednak to najlepszy album rapowy z Wysp w tym roku. Prof ma technikę, ma flow, ma mnóstwo rzeczy do powiedzenia i ma cięty język. Czego chcieć więcej od MC w XXI wieku? Osobiście życzę Greenowi by zamknął buzie hejterom nagrywając trzeci album czterdzieści razy bardziej nośny niż debiut.
13. Snoop Dogg — Doggumentary
O tej płycie ciężko powiedzieć coś negatywnego w sumie. Miał być powrót do stylu z Doggystyle i ThaDoggfather? I jest. Miały być świetne bity? Są, z małymi wyjątkami. Słońce Kalifornii? Jest. Opary weedu? Nie mogło ich zabraknąć. Wszystko tu gra i hula jak trzeba i naprawdę chce się więcej takich krążków z zachodniego wybrzeża, ale mimo to, to nie jest to album wbijający się szturmem do Top 10 2011. Mimo świetnego Peer Pressure, Wonder If I Do czy Weed Iz Mine. Album na czwórkę, 13-ste miejsce w moim podsumowaniu i nic więcej.
12. Joell Ortiz — Free Agent
Joell jak dla mnie, lirycznie naprawdę pozamiatał na tym albumie. Naprawdę posadził świetne zwrotki. I pomimo, że emocjonalnie porównując tę płytę do Doggumentary czuję to samo, czyli dobry album na czwórkę — nic więcej, to wiem, że Free Agent właśnie tekstowo bije na łeb na szyję album Snoopa. Joell ma ciekawe historie, fajny flow, ciekawy — nienudzący na dłuższą chwilę głos i kąśliwe punche. Słucha się albumu mega przyjemnie, choć dla niektórych jest on ponoć przynudnawy. Nie dla mnie. Dlatego rzucam go na miejsce 11-ste i propsuje dodatkowo Battlecry, Call Me oraz Sing Like Bilal.
11. Raekwon — Shaolin vs. Wu-Tang
Kto wyszedł bez szwanku z tego pojedynku? Wu Tang czy Shaolin? Odpowiedź brzmi: Raekwon. Czyli mocny punkt łączący ze sobą Staten Island i ekipę Wu. Człowiek o charakterystycznym stylu i pewnej marce. Only Built 4 Cuban Linx II postawiło poprzeczkę mega wysoko, ale z Raekwona nie taki zawodnik co by ją delikatnie nie naruszyć. Klimat płyty utrzymuje się właśnie gdzieś między albumami Wu, a solówkami Rae. Dodatkowo w warstwie tekstowej nie ma jakiejś nudnego odcinania kuponów w wykonaniu czterdziestokilkuletniego rapera. Rae wie, że rap gra jest bezlitosna i co chwilę pojawiają się nowe twarze, więc walczy o swoje. Tak jak go jego klasztor nauczył. Solidna pozycja ciesząca uszy i mózg.
10. The Roots — Undun
Nie było roku, odkąd, że tak powiem jestem świadomym słuchaczem, żeby Rootsi wypadli po za Top 5 danego roku. Do dziś. Ale to nie jest tragedia. Nadal są w dziesiątce. Dlaczego? Bo album jest gorszy od ostatniego. Albo inaczej: nudniejszy. Pomimo, że teksty Black Thoughta zawsze będą mnie ciągnąć za uszy, a rzeczy grane przez band będą jarać niemiłosiernie to musimy jednak przyznać, że lata lecą i każdy zespół traci kiedyś świeżość. Lecz, broń Boże, nie jest to zły album. Jest to solidny, klimatyczny, ale melancholijny i o wiele mniej różnorodny album niż te będące przed nim w tym zestawieniu i w dyskografii Korzeni. OtherSide i One Time to zdecydowanie najmocniejsze momenty tego klimatycznego wydawnictwa.
9. DJ Quik — Book of David
Tak czekałem na tę płytę. Czy się zawiodłem? Nie, skądże. Ale po raz kolejny powtórzę — przy takim wysypie albumów metodą eliminacji niektóre muszę spaść niżej. Przepraszam Davida Marvin Blake’a i powtarzam jestem twoim fanem, ale niestety taka kolej życia i rzeczy. Muzycznie dostajemy delikatnie świeższą wersję Quika z początku XXI wieku. Troszkę bardziej soulującą, troszkę bardziej funkującą. Dużo śpiewania mamy, dużo ciekawych linijek od gospodarza oraz jeden z najlepszych singli w tym roku (Nobody). Po za tym, dostajemy to czego wymagamy, czyli słońce Kalifornii w najlepszym wydaniu. Piękny album na ciepłe dni, sprawdzone info.
8. Pharaohe Monch — W.A.R. (We Are Renegades)
Pharaohe od lat jest jednym z najporządniejszych raperów w, powiedzmy sobie, hip hopowej alternatywie. Człowiek, który genialnie łączy przekaz z techniką i w żadnym momencie kariery nie dał upustu żadnej ze stron. Tym razem jest tak samo. Porządnie technicznie napisane teksty z wiele znaczącą i dającą do myślenia treścią. Monch stara się po raz kolejny otworzyć oczy ludziom na sprawy społeczno-polityczne. Muzycznie towarzyszą mu m.in. Exile, Marco Polo, M-Phazes czy Diamond D dając energetyczną, a zarazem spójną i klimatyczną całość. Jak dla mnie świetny album, który niestety drogą sentymentalnej eliminacji nie wpadł do pierwszej piątki w tym roku.
7. Atmosphere — Family Sign
Przykro mi umieszczać ekipę jednego z moich ulubionych raperów poniżej piątki, ale dla mnie to jest niestety delikatna powtórka ostatniego wydawnictwa. Mam na myśli To All My Friends, Blood Makes The Blade Holy: The Atmosphere EP’s. Chodzi mi przede wszystkim o produkcje. Bity (stety lub niestety) brzmią jak poprzednie, z tą różnicą, że kilka partii dograli panowie koncertujący z ekipą. Jednakże do Sluga nie mam żadnych zarzutów. Piękne, przepełnione emocjami teksty, świetne flow i ten głos pełen pasji — czyli to co ma Sean najlepszego do zaoferowania. Jednak nie przebija to albumu to pierwszej piątki 2011.
6. The Streets — Computers & Blues
Album, dla którego trudno mi było znaleźć miejsce w topce. Ostatecznie wpadł na szóste miejsce. Jaram się brytolami od kiedy pamiętam, a pozycje od Mike’a Skinnera łykam jak pelikan. Co mamy tym razem? Kolejny piękny album od brytyjczyka na wskroś przesiąknięty Londynem i angielskim klimatem miejskim. Muzycznie to jest istne cudo. Lirycznie — kto zna Skinnera wie, czego może się spodziewać. Takie kawałki jak Roof of Your Car, OMG czy Soldiers będę słuchał na pewno jeszcze długo. Szkoda jedynie, że wg zapowiedzi jest to ostatni album Mike’a. Tymczasem w moim zestawieniu ląduje nieco poza podium.
5. Beastie Boys — Hot Sauce Committee Part Two
K iedy bestialscy panowie się zestarzeją? Z każdą płytą udowadniają, że dalej niż bliżej im do emerytury. Nie ukrywam, że na każdy ich album czekam ze zniecierpliwieniem. Ich energia budzi, daje ogromnego kopa i burzy mury. A to jak ta ekipa się razem zgrywa to jest książkowy przykład tego jak winny wyglądać zespoły, którym uda się na rynku przetrwać lata. Tym razem Panowie znów nie zawiedli. Może nie jest to powtórka z Check Your Head czy Ill Communcation, ale umówmy się, że wcale tak mocno ta pozycja nie odstaje. Wielka miłość za pstryczka współczesnym muzykom w nosy w kwestii gości na albumie. W czasach, gdy każda ekipa i każdy raper zapraszają będącą na fali rzeszę nawijaczy i wokalistek, Beastie zaprosili nie będących wcale aktulanie na szczycie Nasa i Santigold tworząc naprawdę genialne numery.
4. Elzhi — Elmatic
Byłbym chyba chory, gdybym ten album/mixtape umieścił niżej. Illmatic to mój ulubiony album wszechczasów, więc tym bardziej sceptycznie jestem nastawiony dla tribute’ów, bo naprawdę niewiele ma podjazd do oryginału. Co zrobił Elzhi z pomocą Will Sessions? Zrobili totalną rozpierduchę. Elzhi nawinął jedne z najlepszych zwrotek w jego karierze, a Will Sessions odtworzyli bity jako live band w kaskaderski wręcz sposób. Przedłużane aranże kończące się solówkami jak One Love czy nawiązaniami do sampli użytych w oryginałach jak w Life’s a Bitch to miód na moje kochające midwest, a zwłaszcza brzmienie z Detroit uszy. Piękna pozycja.
3. Common — The Dreamer/The Believer
Tadaaaam! Czas na podium. Naprawdę niewiele da się napisać o tym krążku, po za tym, że No I.D. odwalił kawał świetnej roboty, a Common płynie na tych bitach jak najęty. Album kipi hip hopową energią gdzieś prosto ze środka lat 90 łącząc się idealnie ze świeżością współczesnego brzmienia. Głowa buja się do bitów, a uszy łapią i łakną każdego słowa mistrza ceremonii jak to miało miejsce ponad dekadę temu. Wiem, że to sterta ogółów, ale w końcu to nie recenzja tylko podsumowanie i opis przemyśleń i emocji, które przyszły razem z tym albumem. Pragnę tylko dodać, że Nas już trzeci raz w tym roku (albumy Beastie Boys, Lil’ Wayne oraz właśnie Commona) narobił smaka na swoje kolejne wydawnictwo pokazując, że ma się naprawdę dobrze. Czekam na album Nasa i zapowiadany, ale niepewny album z Commonem,a tej płycie daję 5/5 i zacne trzecie miejsce na podium.
2. Tech N9ne — All 6’s & 7’s / Welcome to Strangeland
Gdyby nie Pan będący na pierwszym miejscu rzekłbym, że ten rok zdecydowane należy do Tekki. Najpierw długo grający krążek A6’s&7’s (o którym swoją drogą pisałem tu) potem dvd z zapisem koncertów w Europie Eurotech, a na koniec świetny album z serii Tech N9ne’s Collabos. Aaron jest zdecydowanie w życiowej formie. Człowiek z aktualnie najlepszym flow i techniką na świecie. Człowiek, który nawija z prędkością światła dający przy tym niesamowite show na scenie. Człowiek orkiestra. Dodatkowo zaznaczę, że na A6’s&7’s znajduję się (wg mnie) najlepszy singiel minionego roku, czyli Worldwide Choppers. Co tu wyprawiają Tech, Yelawolf, Twista i Busta to głowa mała. Banger w pełnym tego słowa znaczenia. Dwie piątki za dwie płyty i jedna miłość za dvd, które sprawia mega radochę przy oglądaniu.
1. Kendrick Lamar — Section.80
Niepodważalny numero uno. Genialny album. Współczesny Illmatic. To w żadnym wypadku nie są przesadzone słowa. Ta płyta przyniosła nam to, co przyniósł klasyk Nasa w roku 1994, czyli piękne teksty opowiadające o problemach pokolenia, które teraz wchodzi w dorosłe życie oraz oprawa muzyczna wnosząca nową jakość w produkcję hip-hopową, mimo iż jest oparta w dużej mierze na jazzujących bitach. Kendrick to niesamowite odkrycie tego roku. Odkrycie, z którym światek hip-hopowy nie miał do czynienia co najmniej od czasów debiutu Nasa. Nie boję użyć się pojęcia, które nieco wyszło z użycia, bo zaczęto je nadużywać, jakim jest uliczny poeta. Chłopak z Compton, który kompletnie odbija od stereotypu jaki utarli ziomki z jego okolic, czyli gangstera lubującego się jedynie w jaraniu jointów, hustlerce, pimpingu i gangsterce. Kendrick, rośnij w siłę chłopcze. Ten album już dla mnie jest klasykiem, a świat niech trochę poczeka by go tak nazwać. Jeżeli, ktoś z Was, nie daj Boże, przegapił ten album niech bije się w pierś i jak najszybciej nadrabia zaległości, a ja czekam na kolejne albumy gościa, do którego należy rok 2011.
P.S.
Polskie podwórko wcale nie było dłużne. Dostaliśmy znakomite albumy Jeżozwierza (który jest w znakomitej formie, jak i jego producenci — Święty i Tedi Ted), Fisza i Emade (którzy zniszczyli system po całości) czy Łony (który z Webberem od lat są niesamowicie zgranym duetem). Hades pokazał, że wcale nie jest tym drugim z Hi-Fi Bandy, a Galus niejako stał się objawieniem wśród polskich beatmakerów. Warto też wspomnieć o naszym portalowym ziomku, Janie Wydze. Serce, rozum i głos oraz Zawijam odplam to świetna zapowiedź nadchodzącego albumu, którego, chyba nie tylko ja, wyczekuję z niecierpliwością.
Zawody roku 2011
3. Wiz Khalifa — Rolling Papers
Kurde, po takich mixtape’ach, po staniu się jednym najgorętszych freshmanów i najbardziej wyczekiwanym debiutem 2011 rzucić tak średnim, a wręcz słabym i przesłodzonym albumem? Wstyd. Kilka dobrych numerów, a reszta do przesłuchania na raz. Nie tego oczekiwałem po choćby Kush & OJ czy Flight School.
2. Yelawolf — Radioactive
Mógłbym napisać jak wyżej, ale chcę dodać coś. Po Pop the trunk czekałem jak głupi na długogrający album tego chłopaka z Alabamy. Koleś ma mega charakterystyczny wokal, szalone flow i niegłupie teksty, a wyszło praktycznie to samo co z Wiz Khalifą. Za słodko. Wina wytwórni i Eminema? Kto wie. Ale Animal i tak żre na maksa.
1. Lupe Fiasco — Lasers
Zdecydowanie największa wpadka tego roku i największy zawód. Kilka numerów daje nam posmak tego starego Lupe, ale reszta to jakaś popowo-techniawkowa zabawa z radiem Eska. Nic nie zarzucam Lupe, bo każdy wtajemniczony wie, że środkowy palec należy się w tym przypadku Atlanticowi. Mam osobiście nadzieję, że raper czym prędzej uwolni się od tej kołchozowej i śmieciowej wytwórni. I mimo wszystko życzę mu powodzenia z nowymi projektami i szczęśliwego Nowego Roku.
A jaki rok 2011 był dla innych gatunków?
Równie zacny. Mnóstwo ciekawych płyt, kilka mocnych debiutów i płyt od artystów, którzy już dobrze zaprzyjaźnili się z przemysłem muzycznym. I tak dostaliśmy ciekawe rzeczy od Jill Scott, Mary J. Blige, dwa projekty od Mayera Hawthorna (z czego, osobiście, darmowa EPka była lepsza) czy nowy album Anthony’ego Davida. Znakomicie powrócili przede wszystkim Bootsy Collins i Raphael Saadiq, którego album był kolejnym ciekawym przedstawieniem jego osoby — już nie jako wokalisty i producenta r&b czy grającego retro soulowe rzeczy muzyka. Tym razem Saadiq połączył klimat ostatniej płyty z rockiem i rock’n’rollem lat 60. Lenny Kravitz natomiast, poruszył moje serce o wiele bardziej kolejny raz dając mocno naładowaną emocjami płytę oscylującą gdzieś między soulem, funkiem a rockiem. Ta sama sytuacja jest w przypadku Czarnych Klawiszy. El Camino to naprawdę fajny, hitowy krążek utrzymany cały czas gdzieś w klimacie tego, do czego przyzwyczaili nas Panowie. No i przecież jeszcze Limp Bizkit, których Gold Cobra to połączenie energii z debiutu chłopaków z jakością metalu z 2011 roku. Przy czym powrót Wesa Borlanda do składu cieszy mnie niesamowicie.
Teraz o debiutach słów kilka. Przede wszystkim Selah Sue (przepiękny głos i świetny debiut oraz występ w reklamie batona), J*Davey (na których debiut czekałem od czasów głośnych EPek i się nie zawiodłem) oraz Katy B (wyspiarskie klubowe objawienie roku wg mnie). Ale ten rok należy (oprócz Kendricka Lamara) do Franka Oceana. Koleś swoim mixtape’m nostalgia, ULTRA. namieszał mi w głowie niesamowicie. I chyba nie tylko mi. On w następnych latach zdominuje listy przebojów. I dobrze, bo brakuje tam tak dobrych i inteligentnych śpiewaków i twórców hitów za razem.
Się rozpisałem, narzucałem linków i co z tego? Skoro i tak nikt może nie przytaknie temu podsumowaniu. Tak czy siak, czytelniku, tudzież czytelniczko, mam nadzieję, że Ciebie nie zanudziłem, a otworzyłem oczy na kilka faktów muzycznych i albumów, które być może przez nawał pracy pominąłeś. I przy okazji życzę Wam wszystkiego najlepszego w nowym roku. Niech będzie równie muzyczny jak ten, 2011.














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny