2011 podsumowuje Big Elmo

Big Elmo, 1 stycznia 2012 w kategorii Muzyka

Przy­znaję się bez bicia, nie zali­czy­łem mnó­stwa wyda­rzeń kul­tu­ral­nych w tym roku, mimo że był ich wysyp. Przede wszyst­kim z braku fun­du­szy. Nie zali­czy­łem dwóch naj­waż­niej­szych kon­cer­tów w tym roku dla mnie : Prince’a i Hip Hop Areny (Atmo­sphere i EPMD), ale za to prze­słu­cha­łem setki nowo­ści, a to co naj­lep­sze wg mnie przed­sta­wię Wam wła­śnie w tym oto podsumowaniu.

Wypi­sa­łem sobie listę płyt, które MOCNO zapa­dły mi w pamięć w roku 2011. Ich liczba to 35. Tak więc, gdy­bym miał napi­sać o każ­dej faj­nej pły­cie to zmie­ścił­bym się pew­nie w sie­dem­dzie­siątce. To dowód na to jak zacnym rokiem był dla nas miniony oraz to z jakim natę­że­niem arty­ści raczyli nas nowymi pro­jek­tami. Mie­li­śmy mnó­stwo cie­ka­wych płyt, ale też kilka moc­nych zawo­dów. Te (top 15 naj­lep­szych rapo­wych albu­mów) i te (top 3 naj­gor­szych zawo­dów) wg mojego oso­bi­stego ran­kingu przed­sta­wię Wam poniżej.

Top 15 płyt roku 2011

Wyróż­nie­nie: Tyler, The Cre­ator — Goblin

Ktoś może się spy­tać : dla­czego ta bez­na­dziejna i anty­mu­zyczna pozy­cja dla głu­chych Ci się podoba, prze­cież to naj­gor­szy album 2011? Odpo­wiedź jest prost­sza niż się wydaje! Ten skur­czy­byk ze swo­imi ziom­kami z OFWGKTA naro­bili w tym roku mnó­stwo zamie­sza­nia i wpro­wa­dzili do świa­to­wej rap gry mnó­stwo świe­żo­ści i ory­gi­nal­no­ści. To się moi dro­dzy nazywa NOWA JAKOŚĆ. Wielki sza­cu­nek za mnó­stwo odwagi w tek­stach i w sfe­rze muzycz­nej. A zwłasz­cza za Yon­kers She. Nie chcę tej płyty nikomu rekla­mo­wać, bo to nie jest tego typu płyta. Nie spraw­dzi­łeś? Jak stać Cię na otwar­cie mózgu na nowe dozna­nia — śmiało, ude­rzaj. Jeżeli kochasz orto­dok­syj­nie kla­syczne hip hopowe bity z lat 90, a zwłasz­cza z lat 92–96 to trzy­maj się z bar­dzo daleka od tej płyty. Ja oso­bi­ście cze­kam na kolejne ruchy Tylera.

15. Evi­dence — Cats & Dogs

Był to mega ciężki wybór z tylu płyt wybrać tę naj­lep­szą pięt­nastkę. Ale udało się. Mój ran­king otwiera album Evidence’a. Dla­czego? Dla­tego, że nie ma siły by w zasa­dzie świeża płyta, lecz wtórna płyta prze­biła się przez tak silną 14-kę, która jest powy­żej. Muzycz­nie mamy powtórkę z poprzed­nich soló­wek Ev’a, lirycz­nie nic nad­zwy­czaj­nego, ale mimo wszystko płyta zasie­działa się na iPo­dzie długo. Bo po pro­stu dobrze się słu­cha takiego rapu cho­dząc po mie­ście. Dodat­kowo fajne zwrotki od Raekwona i Sluga oraz refren od Aloe Blacca i bitowe perełki od Alche­mi­sta (Red Car­pet [!]) , Pre­miera (You) oraz Sid Roams (Late for Sky To Be Con­ti­nued) i otrzy­mu­jemy dobry album na czwó­reczkę z minusem.

14. Pro­fes­sor GreenAt Your Inconvenience

Ten bry­tol ma tupet. Wje­chać z takim ban­ge­ro­wym debiu­tem, po czym zro­bić album kom­plet­nie inny, zmy­la­jąc słu­cha­czy sin­glem osa­dzo­nym na dub­ste­po­wym bicie od 16bit. Masa­kra. Z jed­nej strony to taki brit­pop flir­tu­jący z grime’owym rapem pana z Hack­ney. Z dru­giej jed­nak to naj­lep­szy album rapowy z Wysp w tym roku. Prof ma tech­nikę, ma flow, ma mnó­stwo rze­czy do powie­dze­nia i ma cięty język. Czego chcieć wię­cej od MC w XXI wieku? Oso­bi­ście życzę Gre­enowi by zamknął buzie hej­te­rom nagry­wa­jąc trzeci album czter­dzie­ści razy bar­dziej nośny niż debiut.

13. Snoop Dogg — Dog­gu­men­tary

O tej pły­cie ciężko powie­dzieć coś nega­tyw­nego w sumie. Miał być powrót do stylu z Dog­gy­style Tha­Dog­g­fa­ther? I jest. Miały być świetne bity? Są, z małymi wyjąt­kami. Słońce Kali­for­nii? Jest. Opary weedu? Nie mogło ich zabrak­nąć. Wszystko tu gra i hula jak trzeba i naprawdę chce się wię­cej takich krąż­ków z zachod­niego wybrzeża, ale mimo to, to nie jest to album wbi­ja­jący się sztur­mem do Top 10 2011. Mimo świet­nego Peer Pres­sure, Won­der If I Do czy Weed Iz Mine. Album na czwórkę, 13-ste miej­sce w moim pod­su­mo­wa­niu i nic więcej.

12. Joell Ortiz — Free Agent

Joell jak dla mnie, lirycz­nie naprawdę poza­mia­tał na tym albu­mie. Naprawdę posa­dził świetne zwrotki. I pomimo, że emo­cjo­nal­nie porów­nu­jąc tę płytę do Dog­gu­men­tary czuję to samo, czyli dobry album na czwórkę — nic wię­cej, to wiem, że Free Agent wła­śnie tek­stowo bije na łeb na szyję album Sno­opa. Joell ma cie­kawe histo­rie, fajny flow, cie­kawy — nie­nu­dzący na dłuż­szą chwilę głos i kąśliwe pun­che. Słu­cha się albumu mega przy­jem­nie, choć dla nie­któ­rych jest on ponoć przy­nud­nawy. Nie dla mnie. Dla­tego rzu­cam go na miej­sce 11-ste i prop­suje dodat­kowo Bat­tle­cry, Call Me oraz Sing Like Bilal.

11. Raekwon — Sha­olin vs. Wu-Tang

Kto wyszedł bez szwanku z tego poje­dynku? Wu Tang czy Sha­olin? Odpo­wiedź brzmi: Raekwon. Czyli mocny punkt łączący ze sobą Sta­ten Island i ekipę Wu. Czło­wiek o cha­rak­te­ry­stycz­nym stylu i pew­nej marce. Only Built 4 Cuban Linx II posta­wiło poprzeczkę mega wysoko, ale z Raekwona nie taki zawod­nik co by ją deli­kat­nie nie naru­szyć. Kli­mat płyty utrzy­muje się wła­śnie gdzieś mię­dzy albu­mami Wu, a solów­kami Rae. Dodat­kowo w war­stwie tek­sto­wej nie ma jakiejś nud­nego odci­na­nia kupo­nów w wyko­na­niu czter­dzie­sto­kil­ku­let­niego rapera. Rae wie, że rap gra jest bez­li­to­sna i co chwilę poja­wiają się nowe twa­rze, więc wal­czy o swoje. Tak jak go jego klasz­tor nauczył. Solidna pozy­cja cie­sząca uszy i mózg.

10. The Roots — Undun

Nie było roku, odkąd, że tak powiem jestem świa­do­mym słu­cha­czem, żeby Rootsi wypa­dli po za Top 5 danego roku. Do dziś. Ale to nie jest tra­ge­dia. Nadal są w dzie­siątce. Dla­czego? Bo album jest gor­szy od ostat­niego. Albo ina­czej: nud­niej­szy. Pomimo, że tek­sty Black Tho­ughta zawsze będą mnie cią­gnąć za uszy, a rze­czy grane przez band będą jarać nie­mi­ło­sier­nie to musimy jed­nak przy­znać, że lata lecą i każdy zespół traci kie­dyś świe­żość. Lecz, broń Boże, nie jest to zły album. Jest to solidny, kli­ma­tyczny, ale melan­cho­lijny i o wiele mniej róż­no­rodny album niż te będące przed nim w tym zesta­wie­niu i w dys­ko­gra­fii Korzeni. Other­Side i One Time to zde­cy­do­wa­nie naj­moc­niej­sze momenty tego kli­ma­tycz­nego wydawnictwa.

9. DJ Quik — Book of David

Tak cze­ka­łem na tę płytę. Czy się zawio­dłem? Nie, skądże. Ale po raz kolejny powtó­rzę — przy takim wysy­pie albu­mów metodą eli­mi­na­cji nie­które muszę spaść niżej. Prze­pra­szam Davida Marvin Blake’a i powta­rzam jestem twoim fanem, ale nie­stety taka kolej życia i rze­czy. Muzycz­nie dosta­jemy deli­kat­nie śwież­szą wer­sję Quika z początku XXI wieku. Troszkę bar­dziej soulu­jącą, troszkę bar­dziej fun­ku­jącą. Dużo śpie­wa­nia mamy, dużo cie­ka­wych lini­jek od gospo­da­rza oraz jeden z naj­lep­szych sin­gli w tym roku (Nobody). Po za tym, dosta­jemy to czego wyma­gamy, czyli słońce Kali­for­nii w naj­lep­szym wyda­niu. Piękny album na cie­płe dni, spraw­dzone info.

8. Pha­ra­ohe Monch — W.A.R. (We Are Renegades)

Pha­ra­ohe od lat jest jed­nym z naj­po­rząd­niej­szych rape­rów w, powiedzmy sobie, hip hopo­wej alter­na­ty­wie. Czło­wiek, który genial­nie łączy prze­kaz z tech­niką i w żadnym momen­cie kariery nie dał upu­stu żadnej ze stron. Tym razem jest tak samo. Porząd­nie tech­nicz­nie napi­sane tek­sty z wiele zna­czącą i dającą do myśle­nia tre­ścią. Monch stara się po raz kolejny otwo­rzyć oczy ludziom na sprawy społeczno-polityczne. Muzycz­nie towa­rzy­szą mu m.in. Exile, Marco Polo, M-Phazes czy Dia­mond D dając ener­ge­tyczną, a zara­zem spójną i kli­ma­tyczną całość. Jak dla mnie świetny album, który nie­stety drogą sen­ty­men­tal­nej eli­mi­na­cji nie wpadł do pierw­szej piątki w tym roku.

7. Atmo­sphere — Family Sign

Przy­kro mi umiesz­czać ekipę jed­nego z moich ulu­bio­nych rape­rów poni­żej piątki, ale dla mnie to jest nie­stety deli­katna powtórka ostat­niego wydaw­nic­twa. Mam na myśli To All My Friends, Blood Makes The Blade Holy: The Atmo­sphere EP’s. Cho­dzi mi przede wszyst­kim o pro­duk­cje. Bity (stety lub nie­stety) brzmią jak poprzed­nie, z tą róż­nicą, że kilka par­tii dograli pano­wie kon­cer­tu­jący z ekipą. Jed­nakże do Sluga nie mam żadnych zarzu­tów. Piękne, prze­peł­nione emo­cjami tek­sty, świetne flow i ten głos pełen pasji — czyli to co ma Sean naj­lep­szego do zaofe­ro­wa­nia. Jed­nak nie prze­bija to albumu to pierw­szej piątki 2011.

6. The Stre­ets — Com­pu­ters & Blues

Album, dla któ­rego trudno mi było zna­leźć miej­sce w topce. Osta­tecz­nie wpadł na szó­ste miej­sce. Jaram się bry­to­lami od kiedy pamię­tam, a pozy­cje od Mike’a Skin­nera łykam jak peli­kan. Co mamy tym razem? Kolejny piękny album od bry­tyj­czyka na wskroś prze­siąk­nięty Lon­dy­nem i angiel­skim kli­ma­tem miej­skim. Muzycz­nie to jest istne cudo. Lirycz­nie — kto zna Skin­nera wie, czego może się spo­dzie­wać. Takie kawałki jak Roof of Your Car, OMG czy Sol­diers będę słu­chał na pewno jesz­cze długo. Szkoda jedy­nie, że wg zapo­wie­dzi jest to ostatni album Mike’a. Tym­cza­sem w moim zesta­wie­niu ląduje nieco poza podium.

5. Beastie Boys — Hot Sauce Com­mit­tee Part Two

K iedy bestial­scy pano­wie się zesta­rzeją? Z każdą płytą udo­wad­niają, że dalej niż bli­żej im do eme­ry­tury. Nie ukry­wam, że na każdy ich album cze­kam ze znie­cier­pli­wie­niem. Ich ener­gia budzi, daje ogrom­nego kopa i burzy mury. A to jak ta ekipa się razem zgrywa to jest książ­kowy przy­kład tego jak winny wyglą­dać zespoły, któ­rym uda się na rynku prze­trwać lata. Tym razem Pano­wie znów nie zawie­dli. Może nie jest to powtórka z Check Your Head czy Ill Com­mun­ca­tion, ale umówmy się, że wcale tak mocno ta pozy­cja nie odstaje. Wielka miłość za pstryczka współ­cze­snym muzy­kom w nosy w kwe­stii gości na albu­mie. W cza­sach, gdy każda ekipa i każdy raper zapra­szają będącą na fali rze­szę nawi­ja­czy i woka­li­stek, Beastie zapro­sili nie będą­cych wcale aktu­la­nie na szczy­cie Nasa i San­ti­gold two­rząc naprawdę genialne numery.

4. Elzhi — Elma­tic

Był­bym chyba chory, gdy­bym ten album/mixtape umie­ścił niżej. Ill­ma­tic to mój ulu­biony album wszech­cza­sów, więc tym bar­dziej scep­tycz­nie jestem nasta­wiony dla tribute’ów, bo naprawdę nie­wiele ma pod­jazd do ory­gi­nału. Co zro­bił Elzhi z pomocą Will Ses­sions? Zro­bili totalną roz­pier­du­chę. Elzhi nawi­nął jedne z naj­lep­szych zwro­tek w jego karie­rze, a Will Ses­sions odtwo­rzyli bity jako live band w kaska­der­ski wręcz spo­sób. Prze­dłu­żane aranże koń­czące się solów­kami jak One Love czy nawią­za­niami do sam­pli uży­tych w ory­gi­na­łach jak w Life’s a Bitch to miód na moje kocha­jące midwest, a zwłasz­cza brzmie­nie z Detroit uszy. Piękna pozycja.

3. Com­mon — The Dreamer/The Believer

Tada­aaam! Czas na podium. Naprawdę nie­wiele da się napi­sać o tym krążku, po za tym, że No I.D. odwa­lił kawał świet­nej roboty, a Com­mon pły­nie na tych bitach jak najęty. Album kipi hip hopową ener­gią gdzieś pro­sto ze środka lat 90 łącząc się ide­al­nie ze świe­żo­ścią współ­cze­snego brzmie­nia. Głowa buja się do bitów, a uszy łapią i łakną każ­dego słowa mistrza cere­mo­nii jak to miało miej­sce ponad dekadę temu. Wiem, że to sterta ogó­łów, ale w końcu to nie recen­zja tylko pod­su­mo­wa­nie i opis prze­my­śleń i emo­cji, które przy­szły razem z tym albu­mem. Pra­gnę tylko dodać, że Nas już trzeci raz w tym roku (albumy Beastie Boys, Lil’ Wayne oraz wła­śnie Com­mona) naro­bił smaka na swoje kolejne wydaw­nic­two poka­zu­jąc, że ma się naprawdę dobrze. Cze­kam na album Nasa i zapo­wia­dany, ale nie­pewny album z Commonem,a tej pły­cie daję 5/5 i zacne trze­cie miej­sce na podium.

2. Tech N9ne — All 6’s & 7’s / Welcome to Strangeland

Gdyby nie Pan będący na pierw­szym miej­scu rzekł­bym, że ten rok zde­cy­do­wane należy do Tekki. Naj­pierw długo gra­jący krą­żek A6’s&7’s (o któ­rym swoją drogą pisa­łem tu) potem dvd z zapi­sem kon­cer­tów w Euro­pie Euro­tech, a na koniec świetny album z serii Tech N9ne’s Col­la­bos. Aaron jest zde­cy­do­wa­nie w życio­wej for­mie. Czło­wiek z aktu­al­nie naj­lep­szym flow i tech­niką na świe­cie. Czło­wiek, który nawija z pręd­ko­ścią świa­tła dający przy tym nie­sa­mo­wite show na sce­nie. Czło­wiek orkie­stra. Dodat­kowo zazna­czę, że na A6’s&7’s znaj­duję się (wg mnie) naj­lep­szy sin­giel minio­nego roku, czyli Worl­dwide Chop­pers. Co tu wypra­wiają Tech, Yela­wolf, Twi­sta i Busta to głowa mała. Ban­ger w peł­nym tego słowa zna­cze­nia. Dwie piątki za dwie płyty i jedna miłość za dvd, które spra­wia mega rado­chę przy oglądaniu.

1. Ken­drick Lamar — Section.80

Nie­pod­wa­żalny numero uno. Genialny album. Współ­cze­sny Ill­ma­tic. To w żadnym wypadku nie są prze­sa­dzone słowa. Ta płyta przy­nio­sła nam to, co przy­niósł kla­syk Nasa w roku 1994, czyli piękne tek­sty opo­wia­da­jące o pro­ble­mach poko­le­nia, które teraz wcho­dzi w doro­słe życie oraz oprawa muzyczna wno­sząca nową jakość w pro­duk­cję hip-hopową, mimo iż jest oparta w dużej mie­rze na jaz­zu­ją­cych bitach. Ken­drick to nie­sa­mo­wite odkry­cie tego roku. Odkry­cie, z któ­rym świa­tek hip-hopowy nie miał do czy­nie­nia co naj­mniej od cza­sów debiutu Nasa. Nie boję użyć się poję­cia, które nieco wyszło z uży­cia, bo zaczęto je nad­uży­wać, jakim jest uliczny poeta. Chło­pak z Comp­ton, który kom­plet­nie odbija od ste­reo­typu jaki utarli ziomki z jego oko­lic, czyli gang­stera lubu­ją­cego się jedy­nie w jara­niu join­tów, hustlerce, pim­pingu i gang­sterce. Ken­drick, rośnij w siłę chłop­cze. Ten album już dla mnie jest kla­sy­kiem, a świat niech tro­chę poczeka by go tak nazwać. Jeżeli, ktoś z Was, nie daj Boże, prze­ga­pił ten album niech bije się w pierś i jak naj­szyb­ciej nad­ra­bia zale­gło­ści, a ja cze­kam na kolejne albumy gościa, do któ­rego należy rok 2011.

P.S.

Pol­skie podwórko wcale nie było dłużne. Dosta­li­śmy zna­ko­mite albumy Jeżo­zwie­rza (który jest w zna­ko­mi­tej for­mie, jak i jego pro­du­cenci — Święty i Tedi Ted), Fisza i Emade (któ­rzy znisz­czyli sys­tem po cało­ści) czy Łony (który z Web­be­rem od lat są nie­sa­mo­wi­cie zgra­nym duetem). Hades poka­zał, że wcale nie jest tym dru­gim z Hi-Fi Bandy, a Galus nie­jako stał się obja­wie­niem wśród pol­skich beat­ma­ke­rów. Warto też wspo­mnieć o naszym por­ta­lo­wym ziomku, Janie Wydze. Serce, rozum i głos oraz Zawi­jam odplam to świetna zapo­wiedź nad­cho­dzą­cego albumu, któ­rego, chyba nie tylko ja, wycze­kuję z niecierpliwością.

Zawody roku 2011

3. Wiz Kha­lifa — Rol­ling Papers

Kurde, po takich mixtape’ach, po sta­niu się jed­nym naj­go­ręt­szych fre­sh­ma­nów i naj­bar­dziej wycze­ki­wa­nym debiu­tem 2011 rzu­cić tak śred­nim, a wręcz sła­bym i prze­sło­dzo­nym albu­mem? Wstyd. Kilka dobrych nume­rów, a reszta do prze­słu­cha­nia na raz. Nie tego ocze­ki­wa­łem po choćby Kush & OJ czy Fli­ght School.

2. Yela­wolf — Radioactive

Mógł­bym napi­sać jak wyżej, ale chcę dodać coś. Po Pop the trunk cze­ka­łem jak głupi na dłu­go­gra­jący album tego chło­paka z Ala­bamy. Koleś ma mega cha­rak­te­ry­styczny wokal, sza­lone flow i nie­głu­pie tek­sty, a wyszło prak­tycz­nie to samo co z Wiz Kha­lifą. Za słodko. Wina wytwórni i Emi­nema? Kto wie. Ale Ani­mal i tak żre na maksa.

1. Lupe Fia­sco — Lasers

Zde­cy­do­wa­nie naj­więk­sza wpadka tego roku i naj­więk­szy zawód. Kilka nume­rów daje nam posmak tego sta­rego Lupe, ale reszta to jakaś popowo-techniawkowa zabawa z radiem Eska. Nic nie zarzu­cam Lupe, bo każdy wta­jem­ni­czony wie, że środ­kowy palec należy się w tym przy­padku Atlan­ti­cowi. Mam oso­bi­ście nadzieję, że raper czym prę­dzej uwolni się od tej koł­cho­zo­wej i śmie­cio­wej wytwórni. I mimo wszystko życzę mu powo­dze­nia z nowymi pro­jek­tami i szczę­śli­wego Nowego Roku.

A jaki rok 2011 był dla innych gatunków?

Rów­nie zacny. Mnó­stwo cie­ka­wych płyt, kilka moc­nych debiu­tów i płyt od arty­stów, któ­rzy już dobrze zaprzy­jaź­nili się z prze­my­słem muzycz­nym. I tak dosta­li­śmy cie­kawe rze­czy od Jill Scott, Mary J. Blige, dwa pro­jekty od May­era Haw­thorna (z czego, oso­bi­ście, dar­mowa EPka była lep­sza) czy nowy album Anthony’ego Davida. Zna­ko­mi­cie powró­cili przede wszyst­kim Bootsy Col­lins i Raphael Saadiq, któ­rego album był kolej­nym cie­ka­wym przed­sta­wie­niem jego osoby — już nie jako woka­li­sty i pro­du­centa r&b czy gra­ją­cego retro soulowe rze­czy muzyka. Tym razem Saadiq połą­czył kli­mat ostat­niej płyty z roc­kiem i rock’n’rollem lat 60. Lenny Kra­vitz nato­miast, poru­szył moje serce o wiele bar­dziej kolejny raz dając mocno nała­do­waną emo­cjami płytę oscy­lu­jącą gdzieś mię­dzy soulem, fun­kiem a roc­kiem. Ta sama sytu­acja jest w przy­padku Czar­nych Kla­wi­szy. El Camino to naprawdę fajny, hitowy krą­żek utrzy­many cały czas gdzieś w kli­ma­cie tego, do czego przy­zwy­cza­ili nas Pano­wie. No i prze­cież jesz­cze Limp Biz­kit, któ­rych Gold Cobra to połą­cze­nie ener­gii z debiutu chło­pa­ków z jako­ścią metalu z 2011 roku. Przy czym powrót Wesa Bor­landa do składu cie­szy mnie niesamowicie.

Teraz o debiu­tach słów kilka. Przede wszyst­kim Selah Sue (prze­piękny głos i świetny debiut oraz występ w rekla­mie batona), J*Davey (na któ­rych debiut cze­ka­łem od cza­sów gło­śnych EPek i się nie zawio­dłem) oraz Katy B (wyspiar­skie klu­bowe obja­wie­nie roku wg mnie). Ale ten rok należy (oprócz Ken­dricka Lamara) do Franka Oce­ana. Koleś swoim mixtape’m nostal­gia, ULTRA. namie­szał mi w gło­wie nie­sa­mo­wi­cie. I chyba nie tylko mi. On w następ­nych latach zdo­mi­nuje listy prze­bo­jów. I dobrze, bo bra­kuje tam tak dobrych i inte­li­gent­nych śpie­wa­ków i twór­ców hitów za razem.

Się roz­pi­sa­łem, narzu­ca­łem lin­ków i co z tego? Skoro i tak nikt może nie przy­tak­nie temu pod­su­mo­wa­niu. Tak czy siak, czy­tel­niku, tudzież czy­tel­niczko, mam nadzieję, że Cie­bie nie zanu­dzi­łem, a otwo­rzy­łem oczy na kilka fak­tów muzycz­nych i albu­mów, które być może przez nawał pracy pomi­ną­łeś. I przy oka­zji życzę Wam wszyst­kiego naj­lep­szego w nowym roku. Niech będzie rów­nie muzyczny jak ten, 2011.

Podziel się z innymi

FacebookTwitterBlipWykopGoogle BuzzMySpaceDeliciousGoogle ReaderGoogle GmailEmailShare

Profil autora - Big Elmo

Ambasador słowa. Reprezentant dobrego dźwięku. Wirus śmiechu. Elmo. Na co dzień pochłonięty muzyką: od tworzenia po słuchanie. W wolnych chwilach... też zajmuje się muzyką. Budzi się z nią, przeżywa każdy dzień z nią i zasypia z nią. Pluje do mikrofonu, uderza w pady, brzdęka na strunach i od czasu do czasu sieknie jakąś muzyczną notkę. Wygląda na o 5 lat młodszego niż jest w rzeczywistości.

Podobne artykuły

  • 2011 podsumowuje Aks
  • 2011 podsumowuje Tymek
  • 2011 podsumowuje Pasia
  • Wszystkie szóstki i siódemki — parę słów o Tech N9ne.
  • Nowy klip: Tech N9ne — He’s A Mental Giant

Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny