Rok w muzyce, filmie, literaturze i sztuce w podsumowaniu Aksa. Na koniec przygotował małą kontrowersję — jesteśmy ciekawi, co sądzicie o numerze, który dla niego okazał się największym zaskoczeniem roku 2011.
Muzyka
Swoje muzyczne fascynacje mijającego roku miałem okazję podsumować goszcząc na Diggin.pl, dlatego typów swoich powtarzać nie zamierzam. Uzupełnię je raczej o pozycje, które — z różnych przyczyn — tamże pominąłem.
W piersi się biję i płytą tą otwieram zestawienie, bo jej pominięcie w mocno przesiąkniętym rapem podsumowaniu 2011 karygodnym błędem było.Piszę te słowa, mając na myśli 4everevolution Roots Manuvy — krążek doskonały pod każdym względem. Rodney Smith to jeden z tych artystów, na których albumy czekam z wielką niecierpliwością, pierwsze odsłuchy rozpoczynam niemal z wypiekami na twarzy, by później przez kolejne tygodnie odtwarzać je w pętli w moim odtwarzaczu.
Miłym zaskoczeniem okazała się Golden Cobra, czyli wielki comeback Limp Bizkit. Co prawda w miarę rozwoju kariery Dursta i załogi nasze wspólne drogi nieco się rozeszły, ale zdecydowanie warto było sprawdzić co krnąbrnym łobuzom z Florydy udało się wspólnie zarejestrować po sześciu latach wydawniczej ciszy. Najwidoczniej chwila przerwy była Panom potrzebna, bo przestali grać ckliwe piosenki do hollywoodzkich filmów i znów brzmią tak, jak na pierwszych płytach (do których zresztą wracam z przyjemnością).
Czasem bywa tak, że swą przygodę z wybranym artystą rozpoczynam od… reklamy telewizyjnej. Zasłyszany tam podkład dźwiękowy intryguje mnie do tego stopnia, że ostatecznie sięgam po całą płytę artysty. Nierzadko zdarza się, że po pierwszym przesłuchaniu przygoda się kończy, gdyż znany z telewizji utwór okazuje się najmocniejszą pozycją na krążku (jeżeli nie w karierze artysty). Selah Sue poznałem dzięki reklamie jednego z batoników, debiutancki album (o nazwie… Selah Sue) sprawdziłem i… zostałem zauroczony głosem tej 22-letniej Belgijki. Licząc, że na kolejne nagrania czekać nie będę musiał długo, raczę się kolejnymi odsłuchami jej debiutu.
Film
Kino moją mocną domeną nie jest, dlatego w dyskusjach filmowych zazwyczaj… nie zabieram głosu. Wyjątek robię z powodu Drive, gdyż po wyświetleniu końcowych napisów siedziałem dłuższą chwilę wpatrzony w ekran, a w głowie kołatała się tylko jedna myśl: “co tu się tak na prawdę przed chwilą wydarzyło?!”. Doskonale opowiedziana historia easy ridera naszych czasów, fantastyczna rola Goslinga, elektryzująca ścieżka dźwiękowa — wszystko w doskonałych proporcjach. Zdania na temat Drive są podzielone — jedni wielbią, inni — nienawidzą. Tych “innych” nie rozumiem…
Krótki animowany tribute:
Książka
Marcin Rutkiewicz to dla rodzimej sztuki ulicznej osoba wyjątkowa. Za jego sprawą (wespół z Elą Dymną) w 2010 roku mogliśmy zapoznać się ze świetną dokumentacją aktualnej sceny zamkniętą w formie albumu Polski Street Art. Kontynuując dobrą passę związaną z zainteresowaniem tą tematyką, wydał wraz z Tomaszem Sikorskim wydali Graffiti w Polsce 1940 — 2010. We wstępie przeczytać możemy:
Niektórzy powiadają – nie bez racji – że ile miast, tyle historii graffiti. Są to jednak opinie skrajnie subiektywne, nieuwzględniające kontekstu i istniejących relacji. Cechami historii ogólnej powinny być rzetelność, obiektywizm i wyważone proporcje. Taką historię porządkują nie lokalne opinie, lecz fakty i daty.
Dlatego uznać można, że jest to jedyna taka pozycja na rynku — z kronikarską skrupulatnością prezentująca dzieje współczesnych ściennych malunków. Gorąco polecam ten album!
Mam wrażenie, że falę zainteresowania street artem wykorzystać chcieli również wydawcy polskiego tłumaczenia pozycji BANKSY - Nie ma jak w domu autorstwa Steve’a Wrighta. Choć faktów, ciekawostek i smaczków na temat brytyjskiego graffiti i samego Banksy’ego znajdziecie tam sporo, to — moim zdaniem — wydawca pospieszył się nieco z tą publikacją. Książkę przetłumaczona jest koślawo — momentami miałem wrażenie, że tłumacz wspomagał się translatorem Google’a, o którego rzetelności w tłumaczeniu pełnych zdań wspominać raczej nie muszę… Gdyby popracować trochę nad poprawnością polskiej edycji, “Nie ma jak w domu” ma szansę być na prawdę dobrą książką.
Na koniec — rekomendacja z serii Nie czytałem, polecam. Biografię Steve’a Jobsa znalazłem pod choinką, więc do jej lektury się dopiero zabieram, jednak po zapoznaniu się z wybranymi fragmentami wiem, że Walters dokumentując historię życia założyciela Apple’a spisał się wyśmienicie. Lubię to! ;)
Sztuka
Fundacji Urban Forms składam serdeczne gratulacje i wyrazy uznania, bo projekt tworzonej na terenie Łodzi galerii wielkoformatowych murali na to jak najbardziej zasługuje. W 2011 udało się zamknąć pierwszy etap składający się z sześciu prac autorstwa Aryza (ESP), Remeda (FR), Kenora (ESP), Sat One’a (DE), M-City (PL) oraz Etam Cru (PL). Trzymam kciuki za powstanie kolejnych prac!
Pisałem o tym kilkanaście dni temu, ale winszuję raz jeszcze Pawłowi Fabjańskiemu. Jego sesja okładkowa albumu Jazz, dwa, trzy Ostrego otrzymała wyróżnienie w kategorii Design / Fotografia w konkursie branży reklamowej Złote Orły. W tej edycji nie przyznano żadnych statuetek w tejże kategorii, więc było to najwyższe wyróżnienie dla fotografa.
Największe zaskoczenie
Rok temu do mojego podsumowania wkradł się Bob Sinclar (wciąż wracam do tej płyty!), w podsumowaniu 2011 również mam taki smaczek. Haters gonna hate, ale… chyba największym zaskoczeniem tegoż roku było dla mnie utwór The B.O.M.B. Afromental. Przez całą płytę nie przebrnąłem (choć bardzo się starałem), to przemiana jaką ci cukierkowi chłopcy przeszli w singlowym numerze z najnowszej płyty jest mocno zaskakująca. Wśród wesołych piosenek dla nastolatków znaleźć można również numery, w których pojawiają się cuty z Limp Bizkit czy eksperymenty z dubstepowymi brzmieniami. Takie zabawy szanuję, więc lekko zdystansowany przyglądać się będę dalszym poczynaniom załogi Afromental.
Exformers
Z radością patrzę na przełom 2k11 / 12. Przede wszystkim dlatego, że miniony rok był dla nas nieco wyboisty, ale… Wciąż tu jesteśmy! I póki co — nigdzie się nie ruszamy. W imieniu swoim oraz całej załogi chciałbym podziękować Wam — za odwiedziny, “lajkowanie”, komentarze oraz wszystkie przybite piątki i dobre słowa na temat naszej działalności. To bardzo motywuje do dalszej pracy.
W 2012 rok wkraczam pełen optymizmu — mamy wsparcie stałych czytelników, spore pokłady energii oraz… zajebistych redaktorów! Nie napiszę, że ten rok będzie należał do nas, bo tak na prawdę nigdy o ten złoty puchar walczyć nie zamierzaliśmy. Mam jednak nadzieję, że grono stałych czytelników będzie się powiększać dzięki treściom, które będą spełniać Wasze oczekiwania. I tego w rozpoczynającym roku życzę sobie i Wam, drodzy czytelnicy Exformers.com.














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny