To był rok mocny jak kop Mirko Cro Copa. Rok podróży, jakbym zmienił imię na Dante. Rok przyjemnej pogody, dobrej muzyki i niełatwego życia.
Co się działo na światowym rynku wydawniczym? Przede wszystkim powiew świeżości, której nie było od lat. Kilku starych wyjadaczy również nie zawiodło. O Professorze Greenie pisałem, zanim wydał swoje debiutanckie „Alive ‘Till I’m Dead”. LP na całe (moje) szczęście nie zawiodło. Każdy znajdzie na tej produkcji coś dla siebie, zadowolone będą nastoletnie facebookowiczki i normalne chłopaki, nie żadne odmieńce. Singiel „Jungle” można uznać za przełomowy, jako pierwszy numer tak sprawnie łączący hip-hop z dubstepem. Młody Anglik złapał Boga za nogi i przeżywa swoje bardzo długie pięć minut na Wyspach. Oby tak dalej.
Scenę zza oceanu też zalała fala świetnych rookies, prawie jakby wszyscy rozgrywali pierwszy sezon w Los Angeles Clippers. „We jus’ some muthafuckin kids” wyrzuca z siebie co chwila reprezentant Pittsburgh, Mac Miller. Rocznik 92’, a płynie po beatach jakby wtedy uczył się rapować z najlepszymi. Zresztą szkoda tutaj klawiaturę wystukiwać, należy szybko zaopatrzyć się w mixtape „K.I.D.S.” albo przynajmniej posłuchać, z jaką gracją porusza się po beacie „Hip 2 Da Game” Lorda Finesse’a:
Za drugie objawienie, chociaż trochę odkurzone (wcześniej nagrał dwa materiały), uznaję Curren$y’ego. Niemal trzydziestoletni gość z Nowego Orleanu wpadł pod skrzydła Dame’a Dasha i Ski Beatza. Pierwszy wydał dwie części „Pilot Talk”, a drugi zaopiekował się stroną muzyczną albumów. Sto procent laidbacku, ale w znacznie ‘surowszym’ wydaniu, niż chociażby Devin The Dude. Każde słowo, które wypluwa to jakby zaciągnięcie się afgańskim haszem. Sami sprawdźcie „Audio Dope 2”, które upala samym beatem:
Oprócz tej trójki powyżej z podziemia wyszli Nicki Minaj, Big K.R.I.T., B.O.B. czy Wiz Khalifa. Warto przyglądać się ich karierom, prawdopodobnie już niedługo oni będą rozdawać karty.
Współredaktorzy pisali w swoich podsumowaniach o zeszłorocznych dokonaniach Big Boi’a, Kanye Westa, The Roots i odległych kuzynów — Nasa i Damiana Marley’a, więc nie muszę się tutaj wysilać. Każdy z tych materiałów to dawka muzyki najwyższej klasy, która nie musi się podobać, ale którą należy przesłuchać.
Największym zaskoczeniem 2010 była dla mnie kooperacja Dja Muggsa z Ill Billem – „Kill Devil Hills”. Oczywiście, mam na myśli efekt ich współpracy, bo stylowo zawsze do siebie pasowali. To kolejny odcinek serii „Dj Muggs vs …”, zdecydowanie najciekawszy. Prosty, mocny, ale wciągający styl rapowania frontmana Non Phixion, aż prosił się o beaty brudne jak zaułki Brooklynu, przy czym zachowujące pewną finezję. Ich wspólna misja została wykonana w stu procentach. Mimo tego, że krążek jest dość ciężki, nie brak mu pewnej przebojowości („Illuminati 666”, „Giants Stadium” czy szybsze „Chase Manhattan” z świetną zwrotką Raekwona). Polecam wszystkim czytelnikom obejrzenie całego, dwunastominutowego teledysku, składającego się z czterech utworów:
Spróbuję jeszcze napisać kilka słów o płytach z Polski i zapadających w pamięć eventach. Ale o tym w następnym odcinku sagi “Tymek Vs The World”.














Przepraszamy, system komentarzy jest chwilowo niedostępny